|
Wieśce I., właścicielce
Chatki Górzystów dzięki wielkie za rzeczywiste szczegóły niezwykle
istotne dla treści. W zasadzie większość osób występujących w poniższym
utworze ma swoich odpowiedników w naturze. Podobieństwo nie jest
bynajmniej przypadkowe – aczkolwiek większość jest konfabulacją. Jak to
w prozie ocierającej się w równym stopniu o rzeczywistość, jak
nierzeczywistość. Mam nadzieję, że nikogo z was nie zniechęcę do
odwiedzenia Chatki Górzystów. Bo ona istnieje naprawdę. I naprawdę
nocują tam wycieczki szkolne. A reszta... Zapytajcie Szekspira, czym
jest reszta...
autor
Księżyc błysnął w
krwistoczerwonych oczach, potem schował się za mlecznym woalem gęstej
mgły. Krwistoczerwone oczy zwęziły się.
“Trzeba było pochować mnie w sposób, jak wy to, o ironio,
nazywacie, ludzki” – pomyślał Flins – “Nie tłuc łopatami, nie znęcać się
nad ciałem... Wy ludzie jesteście okrutni. Tego się od was nauczyłem. A
jestem bardzo pojętny. Mówiłem, ostrzegałem, że kiedyś wrócę. Więc
wracam. Nadeszło moje kiedyś”
Nad Halą Izerską kładła się wieczorna, zimowa mgła.
Temperatura spadała w szybkim tempie, sprawiając, że zaspy pokrywały się
cienką, łamliwą warstewką lodu. Opar gęstniał, osiadając szronem na
drzewach. Było cicho. Cicho i bardzo mroźno, a wszystkie kierunki świata
łącznie z górą i dołem miały tę samą mlecznobiałą barwę. Stali bywalcy
nazywali to zjawisko “białym zimnem”. To była adekwatna nazwa.
Nagłe trzaśnięcie łamiącego się świerka zabrzmiało wśród
lutowej nocy jak wystrzał armatni. Flins wypróbował siłę swoich pazurów.
Był głodny i spragniony.
*
* *
Na stole paliła się
świeca. Nietypowa. Czarna, z grubym, mocno dymiącym knotem. Starszy
aspirant Jacek Riperski otarł usta papierową serwetką.
-
Pyszny omlet – powiedział
i łyknął herbaty.
-
Dziękuję – skłoniła się
Wisława Gogolewska.
-
Pani jest tu właścicielką
?
-
Jam ci jest. Chatka
Górzystów moją twierdzą.
-
Ciężko było tu doczłapać,
nie powiem, ciężko – policjant poruszył obolałymi stopami.
-
Zima panie sierżancie –
wzruszyła ramionami Gogolewska – tu jest Wielkie Księstwo Izerskie,
biegun zimna w naszym pięknym kraju. Latoś, a raczej zimoś, jak to
mówią, śniegiem obrodziło, nie żałowało.
Riperski wyciągnął z pustego kubka po
herbacie plasterek cytryny i bezceremonialnie wycisnął sobie do ust.
-
Paskudna sprawa –
pociągnął nosem – przypomniałem sobie, że ja tu jestem w pracy, więc
pani pozwoli, że udam się w celu spisywania zeznań.
-
A proszę bardzo. Pięć
złotych.
-
A...? – zdziwił się
aspirant – Trochę mnie pani dziwi tym podejściem...
-
Cóż. Przypomniałam sobie,
że ja tu też jestem w pracy. Może to moje ostatnie grosze ? Nie wiem,
czy mi teraz klienci dopiszą.
-
Zdaje się być pani
spokojna.
-
Staram się.
-
Ale przecież ... Tu może
chodzić o śmierć ?
-
Śmierć ? Le mort... Oui...
cóż. C’est la vie. Że tak się wyrażę oczywiście. Ludzka śmierć nie boli.
I tak jest przeludnienie.
Policjant pokiwał głową starając się
robić mądrą minę. Nieudolnie.
* * *
-
Daleko jeszcze ? – Michał, klasowy zrzęda, powłóczył nogami jak
kulawy koń. To nie była dobra technika poruszania się w kopnym śniegu.
-
Jeszcze trochę Michałku –
młoda nauczycielka starała się ukryć nieco przyspieszony oddech. Nie
mogła przecież pokazać, że jest choć trochę zmęczona. Jej autorytet
mocno by na tym ucierpiał. Na szczęście godziny przejechane na
stacjonarnym rowerze w pokoju i te spędzone na siłowni nie poszły na
marne. Polonistka czuła, że mimo wszystko jest w niezłej formie.
-
Proszę pani, jak jest w
tej Chatce Górzystów ? – wzorowa uczennica Magda nie przepuszczała
okazji porozmawiania z panią, nawet o najbardziej błahych sprawach.
Czuła, że to dobra metoda na bycie zapamiętanym jako kontaktowa i
otwarta osoba. Miała wrodzony instynkt karierowicza. W związku z tym
miała przyszłość.
-
Przecież słyszałaś –
wtrąciła się Kaśka, biegaczka, najwyraźniej w ogóle nie zmęczona
forsownym marszem przez ośnieżone Izery – nie ma wody ani prądu. Dzicz.
-
Jak to, to pani tak
naprawdę mówiła ? – zaszczebiotała Gośka, której ociekający z czoła pot
zmywał kunsztowny makijaż. Makijaż Gośki z II h był stałym tematem
rozmów w pokoju nauczycielskim gimnazjum numer 4. Posługując się nim
jako głównym argumentem wszyscy nauczyciele sarkali głośno na rozpasanie
dzisiejszej młodzieży. Po cichu niektóre panie miały wielką ochotę
zapytać o szczegóły doboru tuszów do rzęs. Ale się wstydziły.
-
Bo myśmy myślały, że pani
żartuje – zawtórowała Gośce Monika, jedyna chyba na świecie osóbka
dopuszczona do części przynajmniej tajników makijażu koleżanki.
Obie były wzorcowymi blondynkami z
kawałów. Paradoksalnie obie miały naturalnie czarne włosy. Wszystko inne
się zgadzało. Nauczycielkę tknęło nagłe przeczucie.
-
Wzięłyście śpiwory ? –
zapytała.
-
Co ?
-
Pytam, czy wzięłyście
śpiwory ?
-
A miałyśmy ?
-
Ja wiedziałem, że tak
będzie – skomentował mijając koleżanki Grzesiek – nie wzięły śpiworków.
-
Będziecie cierpieć z
zimna, zobaczycie – wychowawczyni II h klęła w duchu – następnym razem
będziecie lepiej słuchać.
-
I co teraz ? –
przestraszyła się Monika – Gośka, co teraz ?
Gośka wydęła dolną wargę i rozłożyła
ręce.
-
Słyszycie ? Gocha i Mocha
nie wzięły śpiworów ! – rozpowszechnił nowinę mały Waldek.
Dały się słyszeć śmiechy i głosy
dezaprobaty. Nikłe. Gośka i Monika miały posłuch u większości dziewczyn
i dziwny szacunek u kilku zadurzonych kolegów.
-
Teraz cisza ! – zarządziła
nauczycielka stanowczo – Idziemy ! Proszę, dalej !
-
Śpiworów nie wzięły –
stwierdził z przekąsem Władek – Ale magnetofonu nie zapomniały.
-
Baterie też mamy –
pokazała mu język Monika.
* * *
-
I co było dalej ? – zapytał Jacek Riperski przekładając kasetę na
drugą stronę. Oprócz magnetofonu robił jeszcze notatki. Przede wszystkim
robił notatki.
-
No, w końcu doszliśmy do Chatki Górzystów, tutaj... – ciągnęła
Edyta Askaris, młoda polonistka z gimnazjum numer 4 – dzieciaki były
zmęczone, odpoczęły trochę...
-
A potem ?
-
Potem zaczęły szaleć. Tak, po prostu, jak to dzieci. Wie pan, ich
nie jest łatwo zmęczyć. Syndrom pierwszego dnia wycieczki – mnóstwo
energii. Czują wolność, zresztą faceci też tak mają, jak jadą na
delegację...
-
To nie należy do sprawy – chrząknął policjant.
-
Tak, oczywiście. No, a dzieci tak do późnego wieczora...
-
Co do późnego wieczora ?
-
Krzyczały, biegały, już mówiłam, jak to dzieci. Po całym
schronisku. Ja się wyłączyłam, nie miałam siły, byłam...można
powiedzieć, że bardziej zmęczona niż one.
-
Poszła pani spać ?
-
Nie, to znaczy...
-
Konkretnie poproszę, dobrze ?
-
Nie, nie poszłam spać. Zrobiłam sobie herbatę, rozglądałam się po
schronisku, siedziałam przy kominku.
-
Nie utrzymała pani porządku ? – bardziej stwierdził niż zapytał
aspirant.
-
Nie miałam – nauczycielka zawahała się trochę – ...siły.
-
Ach tak.
* * *
-
No tak – mruknął Marcin Marchwicki – los ninos en el refugio.
Masakra. Krótko mówiąc: koniec z requiestat in pace.
Siedząca w kącie świetlicy przy stole zastawionym kubkami i oświetlonym
światłem świec z ciemnego wosku, odziana na czarno para nie zareagowała.
Nie dała nawet znaku, że wiadomość głosowa dotarła. Marcin wzruszył
ramionami. Ta para była jak zombie. Normalni dziwacy – jeśli można użyć
takiego określenia. Jeszcze nie słyszał, by się odzywali. Przypuszczał,
że są głuchoniemi, ale nie widział, żeby używali języka migowego.
Łyknął herbaty z sokiem malinowym i goździkiem, dorzucił do ognia.
Alternatywą dla siedzenia przy trzaskających w kominku smolnych
szczapach była wycieczka na nartach przy trzaskającym mrozie. We mgle,
po ciemku i w głębokim, nie udeptanym śniegu. Taaak – zważywszy na
obecność bandy rozwrzeszczanych dzieciaków była to bardzo kusząca
alternatywa. Jedyna godna zaakceptowania. Marcin podniósł się i ruszył w
kierunku wyjścia. Doszedł do drzwi sali kominkowej.
-
Przepraszam, masz może wodę na herbatę ? – zagadnęła krótkowłosa
blondynka w nie nadających się zbytnio do chodzenia po górach czarnych
glanach.
-
W wiadrze koło umywalki, tam na prawo – spojrzał na nią bystro.
Była ładna, szczupła, niebieskooka.
-
Pusto – patrzyła mu prosto w oczy.
Podrapał się w głowę, spojrzał na swoje buty od biegówek. Podjął
decyzję.
-
Przyniosę. Spragnionych trzeba napoić.
-
Miło z twojej strony. Mieszkasz tutaj ?
-
Nie na stałe.
-
Aha.
Blondynka wpatrywała się w chłopaka. I ulatywała z niej wrodzona
nieśmiałość.
-
Masz jakieś plany na wieczór ? – zapytała zadziwiając samą
siebie.
-
Tak. Wyjście do kina, potem koncert Jethro Tull, na koniec indyk
z kasztanami i butelka Chateau de Chasli w najdroższej restauracji –
mrugnął Marcin – A ty ?
-
Ja jeszcze nie wiem... – w oczach dziewczyny zapaliły się wesołe
ogniki – wychodzisz gdzieś naprawdę ?
-
Nie, na narty.
-
Aha – wesołe ogniki zgasły nagle. Uśmiech pozostał. Nieco
chłodniejszy.
-
Chociaż wiesz co – podrapał się w głowę chłopak – może zrezygnuję
z tych nart i pójdę się narąbać ?
-
Co ?!
-
Do drewutni. Drewno do kominka się przyda.
-
Aha. Można się przyłączyć ?
-
No cóż, przerąbane...
* * *
Z
raportu sporządzonego przez starszego aspiranta Jacka Riperskiego dnia 4
lutego 2004 w schronisku górskim Chatka Górzystów w Górach Izerskich.
Dnia
3 lutego w schronisku Chatka Górzystów znajdowali się:
Honza
Tepes – lat 34, narodowość czeska, brak danych o ubraniu, generalnie
rzecz biorąc “niebieski ptak”, podróżnik, jak twierdzi właścicielka
Chatki Górzystów, “przyjaciel domu”. Do Chatki przybył, aby podzielić
się wrażeniami z ostatniej podróży do Nepalu, przywiózł trochę zdjęć i
pamiątek, drobne prezenty dla Wisławy G. Wyjechał na nartach wieczorem
dnia 3 lutego, przed przybyciem grupy dzieci – tak przynajmniej twierdzą
świadkowie. Raczej nie zamieszany w sprawę.
Wisława Gogolewska, lat 37, właścicielka schroniska. Ubrana w stare
dżinsy i szary wełniany sweter oraz brązową kamizelkę, na nogach
gumofilce. Jest inteligentna, elokwentna, wykształcona – była
nauczycielką języka francuskiego. Sprawia wrażenie, że nic sobie nie
robi z powagi sytuacji. Posługuje się zdaniami z lekkim zabarwieniem
ironii, niełatwo wytrącić ją z równowagi, jest konkretna i rzeczowa.
Wydaje się być twardą “kobietą gór”, przyznała, że potrafi naprawić
silnik, narąbać drew na opał. Bardzo dobrze gotuje. Wyraża obawy o
przyszłość schroniska w związku z zaszłą sprawą. Bardzo lubi zwierzęta –
w jej otoczeniu ciągle jest mały pies Reksio, nieokreślonej rasy, dużych
rozmiarów suka Ziuta i kilka kotów, wśród których prym zdaje się wodzić
potężny kocur o imieniu Wąpierz.
Edyta
Askaris, lat 27, z zawodu polonistka, opiekunka grupy uczniów z własnej
klasy II h z gimnazjum numer 4 w Lubaniu Śląskim. Ubrana w dżinsy, buty
czarne typu glany, niebieski polar i żółtą kurtkę przeciwdeszczową. Po
raz pierwszy była z dziećmi na wycieczce w górach, w Chatce Górzystów po
raz drugi w życiu. Wydaje się być dość pewna siebie, pomimo zrozumiałego
szoku, jaki poniosła, będąc opiekunką dzieci. Sposób wyrażania się jest
pełen niedomówień, zostawia miejsce na dopowiedzenie, albo na domysły.
Najprawdopodobniej rozkojarzona z powodu wyżej wzmiankowanego szoku.
Maria
Bostonwuerger, lat 30, narodowość niemiecka, ubrana w czarne spodnie,
czarną nieprzemakalną kurtkę i czarne skórzane buty, krótko ścięta.
Według opinii współmieszkańców Chatki, “dziwna osoba”. Cicha. Nigdy nie
słyszano, żeby rozmawiała. Nie jest głuchoniema – co sugerowało kilku
współmieszkańców. Jak twierdzi, niewiele rozumie, z tego, co zaszło.
Jest tu na urlopie, lubi dzikie miejsca. Osoba w rodzaju “podejrzanych
za samą twarz”.
Karl
Mannsohn, lat 31, narodowość niemiecka, towarzyszy ww. Ubrany podobnie,
cały na czarno, znak szczególny to złoty kolczyk w prawym uchu, włosy
krótkie, jasne. Równie cichy, nigdy nie rozmawia ze swoją towarzyszką,
przynajmniej w obecności osób trzecich, również nie jest głuchoniemy.
Nic nie rozumie z tego, co zaszło, jest w Izerach na urlopie, bo lubi
dzikie miejsca. We wszystkich szczegółach zgodny z Marią Bostonwuerger.
Także w tym, że za sam sposób bycia mógłby dostać przysłowiowe pięć lat.
* * *
-
Maciek, chodź zobacz, jaka dziura !
-
No co ty, do kibla będę właził razem z tobą ? – czekający pod
toaletą chłopak postukał się w głowę – Odbiło ci ? A jak ktoś zobaczy ?
-
Chodź, mówię ci ! – drzwi otworzyły się na oścież. W rogu, pod
sufitem wisiał pęczek suszonych, niebiesko – fioletowo – żółtych
kwiatów. Nad starą deską klozetową klęczał piegowaty blondynek i
wpatrywał się jak zaczarowany w czerń oświecanego latarką otworu. Teraz
skinął na kolegę – Chodź, Maciek, zobacz ! Hu hu hu ! – krzyknął.
Odpowiedziało mu echo. Głębokie, basowe.
-
Co ty, z gównem rozmawiasz ? – prychnął śmiechem kolega i
przysunął się bliżej – Pokaż.
-
A, i co, i co ? – piegowaty blondynek był dumny z odkrycia.
-
No, ja, ale niezła.
-
Dna nie widać, co ? – poświecił latarką po ścianach.
-
No.
-
Ja. Mówiłem ci, że niezła.
-
Srałeś tu ?
-
No. A ty ?
-
Ja jeszcze nie. To spadaj, może spróbuję. Zostaw mi latarkę.
* * *
-
Często tu bywasz ? – zapytała Edyta. Podobał jej się ten wysoki,
szczupły, długowłosy, dowcipny chłopak. Bardzo jej się podobał. Bardzo
bardzo.
-
Gdzie, w drewutni ? Tylko, jak się kończy drewno – Marcin
rozłupał świerkowy pniak jednym mocnym uderzeniem siekiery.
-
W Chatce – uśmiechnęła się Edyta.
-
Staram się – połówka pieńka zmieniła się w dwie niemal równe
ćwiartki.
-
A co w ogóle robisz ? – sama coraz bardziej dziwiła się swojej
odwadze w indagowaniu chłopaka.
-
W ogóle to robię doktorat – spod siekiery wypadały coraz cieńsze
szczapy – nie widać ?
-
Nie wyglądasz na naukowca...
-
Okulary i garba zostawiłem w domu pod biurkiem. A ty, co robisz w
ogóle.
-
Ja...
Wtem
do drewutni wpadły Gośka z Moniką.
-
Niech pani nic nie mówi nikomu – szczebiotały jedna przez drugą –
bo my się tu właśnie chowamy !
-
Bo nas chłopaki gonią, bo my się bawimy w chowanego !
-
Tak, i za nami najwięcej właśnie latają !
-
Tylko niech pani nic nie mówi nikomu, my panią bardzo prosimy.
Kolejny pieniek z trzaskiem zamienił się w dwa półpieńki.
-
Starczy – mruknął Marcin – proszę pani.
-
Już ? – zdziwiła się Edyta.
-
Przerąbane – chłopak pokiwał głową i wyszedł.
* * *
Cień wychynął z lasu i wciągnął z lubością zapach dymu z
komina. “Cywilizacja” – pomyślał – “Mięso”. W krwistoczerwonych oczach,
przed momentem jeszcze nieco zmatowiałych, zapalił się nowy ogień. Flins
wrócił na Halę Izerską.
* * *
Maciek nie siadał na deskę klozetową – przy panującej temperaturze,
mniej więcej 18 stopni poniżej zera byłoby to torturą. Mimo to starał
się jak najlepiej spełnić swój toaletowy obowiązek. Ta czynność zawsze
wymaga dużego, nomen omen, skupienia.
Maciek Rychły pochylił się i zastygł.
Wtedy
poczuł na karku ostre pazury.
Krzyk
chłopaka zmroził i tak zimną już krew w żyłach stojącego pod drzwiami
Grześka Górskiego.
Pazury wbiły się głębiej w kark. Maciek usiadł na deskę, ale nie czuł
zimna. Krzyczał – głośno i przeraźliwie.
-
Co się dzieje ?! – Góra otrząsnął się z pierwszego szoku i z
całej siły szarpał drzwi wychodka – Maciek, co jest grane ?!
-
Aaaaaaaaaaa ! Zabierzcie to, zabierzcie ! – darł się
gimnazjalista – Nie ! Nie !
-
Wczas ! Otwórz drzwi !
Maciek Rychły poderwał się z trudem i wyszarpnął skobel. Drzwi otworzyły
się pod mocnym szarpnięciem. Góra wlepił w kolegę przerażony wzrok.
-
Co się... – wyjąkał. I wybuchnął śmiechem.
Kot
Wąpierz stwierdził, że ma już dość zabawy z tym hałaśliwym towarzystwem
i z godnością zeskoczył z karku ucznia. Dowcip udał się po raz kolejny.
Kocur nie na darmo nosił swoje imię.
-
Ubierz się, bo sobie odmrozisz – Wisława Gogolewska chwyciła
Wąpierza i posadziła sobie na ramieniu. Stanęła za plecami Grześka Góry
– Zdaje się, że kot Wąpierz znowu spełnił swoją powinność, co? Straszny
kot Wąpierz wystraszył chłopaka, co ? – głaskała kocura w podgardle – No
prędko, ubierz się, bo kiedyś będziesz bardzo żałował ! – rzuciła nagle
w kierunku stojącego bez ruchu gimnazjalisty .
Maciek Rychły spojrzał nieobecnym wzrokiem na swoje gołe kolana.
Otrzeźwiał w jednej chwili. Zaczerwienił się i nieporadnie zaczął
podciągać majtki, spodnie i kalesony. Nieporadność wynikała z tej
właśnie kolejności podciągania. Właścicielka Chatki nie przestawała
głaskać kota:
-
Ubierajcie się ciepło – rzekła – białe zimno idzie. Będzie mróz,
że ha.
* * *
Patrzyła, jak zamykają się za nim drzwi pokoju z szyldem “Kopulatka”.
Przez głowę przeleciała jej myśl. Myśl o temperaturze bliskiej
temperaturze wrzenia krwi. Myśl, od której się zarumieniła.
Wtedy ją minęli.
Chłopak z dziewczyną. Ubrani na czarno, ponurzy i cisi.
Tak właściwie to nie
zwróciła na nich uwagi.
* * *
Z
raportu sporządzonego przez starszego aspiranta Jacka Riperskiego dnia 4
lutego 2004 w schronisku górskim Chatka Górzystów w Górach Izerskich.
Dnia
3 lutego w schronisku Chatka Górzystów znajdowali się:
Marcin Marchwicki – lat 29, doktorant historii średniowiecza na
Uniwersytecie Wrocławskim, ubrany w zielony polar, brązową kurtkę z gore
– texu, szare spodnie i buty górskie koloru nieokreślonego (brązy i
beże). Stały bywalec Chatki Górzystów, doświadczony turysta górski,
jeździ na nartach biegowych. Sposób wyrażania się niezwykle
skomplikowany, naszpikowany zapożyczeniami z innych języków, najczęściej
ironiczny i na swój sposób dowcipny. Wydaje się być dość nerwowy, ma
tiki. Lubi ciszę i spokój, najchętniej przebywa sam. Typ marzyciela. Nie
wygląda na zbyt przejętego tragedią.
Wojciech Linsta – lat 19, licealista ze Zgorzelca, spędza w Chatce
Górzystów ferie, głównie na chodzeniu do Czech, następnie spożywaniu
przyniesionego ze sobą alkoholu.
Dariusz Tilcher – lat 19, licealista ze Zgorzelca, kolega wyżej
wzmiankowanego.
Grzegorz Potpolski – lat 19, j.w.
Wszyscy trzej nie odznaczają się znakami szczególnymi, zwykli,
przeciętni nastoletni uczniowie liceum, dobrze obeznani z terenem, są
stałymi gośćmi schroniska. Są bardzo przejęci tragedią. Chcą jechać do
domu. Od dwóch dni nie poszli po piwo. Źle się czują.
* * *
Jacek Riperski z zadowoleniem spojrzał na raport. Wiedział, że
komendant Chołodźko go pochwali. Nikt nie pisał takich raportów jak on.
Był specjalistą i zdawał sobie z tego sprawę. Lubił literaturę faktu i
miał satysfakcję z jej tworzenia.
Jedno, co go deprymowało, to obowiązek dodawania szczegółów dotyczących
garderoby. Czuł, że w tego rodzaju sztuce, jaką się parał, zabieg ten
psuje efekt całości. Ale taki był rozkaz przełożonych. Riperski pokiwał
głową, mruknął : “cóż, pisarz co we mnie siedzi musi poczekać, może
kiedyś i on zrobi karierę ?”. Wrócił do pisania, choć przy nikłym i
chwiejnym świetle świecy było to męczące dla oczu. W dodatku świeczka
dymiła bardziej niż powinna, choć dym miał na swój sposób przyjemny
zapach. Jacek Riperski postanowił wtrącać do raportu jak najwięcej
trudnych słów i kwiecistych metafor. Dla podszlifowania warsztatu.
Beznamiętnie pogładził mruczącego z zadowolenia kota Wąpierza.
* * *
-
Proszę ! – Wisława Gogolewska miała donośny, czysty głos.
Drzwi
bufetu otworzyły się z lekkim skrzypieniem. Gośka i Monika, mimo
warunków polowych, wyglądały nienagannie.
-
Przepraszamy – zagaiła Gośka wskazując na trzymany w ręku
przedmiot – gdzie możemy to podłączyć, bo w naszym pokoju nie możemy
znaleźć gniazdka ?
-
Podłączyć co ? – zmarszczyła brwi właścicielka Chatki Górzystów.
-
No przecież – żachnęła się Monika – lokówkę.
-
Co ?!
-
Lokówkę !
-
Co ?!!!
-
No... – gimnazjalistki miały coraz bardziej obrażony wyraz
twarzy. Wisława Gogolewska śmiała się do rozpuku. Konwersacja siłą
rzeczy wygasła. Jednak dziewczyny miały jeszcze jedną ważną sprawę.
-
A możemy zrobić dyskotekę w świetlicy ?
-
Haha haha ! Dysko co ?! A róbcie, róbcie, skoro przywiozłyście
specjalnie na tę okazję lokówkę, to przecież wam haha hahha nie
zabronię.
Drzwi
trzasnęły zagłuszając “dziękujemy”. Choć być może wcale nie było żadnego
“dziękujemy”?
* * *
-
Co to jest ? – szepnął podekscytowany piegowaty blondynek,
Grzesiek Górski, zwany powszechnie “Górą”.
-
Gdzie ? – przysunął się bliżej smagły, czarnowłosy, mimo młodego
wieku wyraźnie domagający się już pierwszego golenia Maciek Rychły,
najlepszy kolega Grześka. Miał ksywę “Wczas”.
-
Tam, to okrągłe – wskazał promieniem latarki na leżące w kącie
stajni zawiniątko w brudnych szmatach – idziemy ?
-
No pewnie.
Maciek i Grzesiek byli zachwyceni Chatką Górzystów. To był raj dla
takich jak oni łazików i szperaczy. Samo schronisko, stajnia, drewutnia,
wszystko było nowe i pełne atrakcji. Nie zamierzali tracić czasu,
postanowili zwiedzić wszystko od razu pierwszego wieczoru. Teraz
czołgali się pod belkami przy polepie stajni, w zawalonym kiedyś i dawno
nie sprzątanym boksie. Maciek prowadził – czując potrzebę rehabilitacji
za zniewagę doznaną w oczach kolegi i co gorsza, w oczach właścicielki
schroniska. Zniewagę ostrą jak pazury kota Wąpierza.
-
No, idź – ponaglił Maciek – pospiesz się.
-
Idę, idę – gramolił się Grzesiek.
-
Poświeć mi – rzucił Wczas, odgarniając deski z drogi.
Górski poświecił. I upuścił latarkę. Obaj aż podskoczyli, uderzając
głowami w belki.
-
Co to było ? – jęknął Maciek – Co ?
Jego
kolega ostrożnie podniósł latarkę i jeszcze raz poświecił przed siebie,
starając się opanować drżenie dłoni. Snop światła padł na pobliską
przegrodę. Wielka ciemna głowa z dużymi żółtymi zębami patrzyła na nich
brązowymi oczyma. Gęste, równie brązowe włosy opadały na czoło. Para
leciała z nozdrzy.
-
Koń – Grzesiek otarł pot z czoła.
-
Ja cię kręcę. Ale się przestraszyłem.
-
Przestań nawijać i leć po tamto coś. Może to jakiś skarb ? –
fuknął Góra.
-
No – Wczas przeciskał się przez belki nie przestając gadać – tata
mi mówił, że tu dużo skarbów można znaleźć, bo tu Niemcy uciekali i
zostawiali. Ale ten koń to chyba nic złego nie zrobi, co ? Jak myślisz
Grzechu ?
-
Wziąłeś już ? – niecierpliwił się Góra – Chodź, bo już zimno.
-
Już, już, co się wkurzasz – szeptał Maciek podnosząc zawiniątko –
ciężkie, ciekawe co to jest ?
-
Dawaj tutaj – syknął Grzesiek – dawaj, dawaj.
-
A tam dawaj – uśmiechnął się Wczas – najpierw ja. W końcu
pierwszy tu doszedłem. I ciekawe co... – odrzucał zaschnięte,
stwardniałe na mrozie łachmany, ciągle mrucząc pod nosem - ... to może
być...?
Ze
stanu świadomości w stan nieświadomości przeszedł płynnie. O tej zmianie
zawiadomiło Grześka Górskiego głuche uderzenie głowy kolegi o podłogę.
Sam najbardziej zainteresowany nie wiedział, co się z nim dzieje.
Zemdlał wypuszczając z ręki odpakowane zawiniątko.
* * *
Z
raportu sporządzonego przez starszego aspiranta Jacka Riperskiego dnia 4
lutego 2004 w schronisku górskim Chatka Górzystów w Górach Izerskich.
Jak
przyznała Edyta Askaris, wieczór 3 lutego spędziła siedząc przy kominku
tudzież zwiedzając schronisko. Indagowana twierdzi, że nie przypomina
sobie szczegółów. Krótko mówiąc coś ukrywa. Używając kolokwializmu:
kręci.
* * *
-
Można ? – Edyta zapukała do drzwi Kopulatki i nacisnęła na klamkę
nie czekając na zaproszenie.
-
Proszę – Marcin Marchwicki leżał na łóżku, czytając przy świetle
nietypowej, czarnej świeczki. Jego “proszę” było spóźnione o czas
potrzebny do otwarcia drzwi.
-
Co czytasz ?
-
Klasyka. “Malleus Maleficarum”.
-
Co takiego ? – zerknęła na okładkę – To po łacinie ?
-
Tak. Nie uczyli was łaciny na polonistyce ?
-
Uczy...skąd wiesz, że jestem... że byłam na polonistyce ?
-
Podsłuchałem jak twoi uczniowie recytują inwokację do “Pana
Tadeusza”. Rzekomo, żeby sprawić ci przyjemność – w głosie Marcina była
ironia.
Spuściła wzrok.
-
Przeszkadzają ci ?
Podniósł się z łóżka i stanął przed nią. Pachniał herbatą.
-
Nie musisz czuć się winna. To że oni mi przeszkadzają, nie
znaczy, że ty mi przeszkadzasz.
Podniosła wzrok i uśmiechnęła się szeroko. Odpowiedział równie szczerym
uśmiechem.
-
Nauczycielka w gimnazjum to ciężki fach – stwierdził Marchwicki
patrząc jej w oczy – nieprawdaż ?
-
To znaczy... – zaczęła.
Przerwał jej podniesiony głos z korytarza.
-
No szlag człowieka z jasnego nieba może między oczy jak nic
haratnąć. Co to ma być, co ?!
To
była właścicielka schroniska.
-
Nie idź, Wiśka da sobie radę – Marcin chwycił Edytę za rękę.
Nie
chciała, żeby puszczał. Nie chciała wychodzić. Musiała.
-
Przepraszam – wykrztusiła i niechętnie uwolniła się od jego ręki.
Na
korytarzu stała Wisława Gogolewska i pokazywała na zupełnie nie
artystycznie rozsypane śmieci, walające się po całym piętrze i na
schodach.
-
No to już jest, bez przeproszenia, przegięcie, chamstwo, swołocz
i bandytyzm ! Posprzątać mi to proszę i to natychmiast ! – właścicielka
Chatki Górzystów miała podniesiony głos.
-
Co tu się stało ? – Edyta Askaris otworzyła drzwi największej
sali w schronisku, Zbirówki – Co to się stało ?!
Odpowiedziała jej cisza. A potem wyrwał się mały Waldek, który nigdy nie
potrafił utrzymać języka na wodzy.
-
Bo oni w piłkę grali workiem ze śmieciami !
-
Ach tak ! – Edyta była zła jak osa – nie będę teraz dochodzić,
kto grał, z kim grał i kto wygrał. Potem o tym porozmawiamy. Teraz
natychmiast posprzątać mi ten burdel i zachowywać się grzecznie ! I
niech ja jeszcze którego złapię jak łobuzuje, to mnie popamięta !
-
Dobrze – powiedziała w imieniu wszystkich Magda.
-
I macie słuchać pani kierowniczki ! – wrzasnęła jeszcze Edyta.
Myśl o zepsutej rozmowie z Marcinem dodawała jej chęci do wyładowania
się na dzieciach.
Nagle
na ramieniu poczuła dotyk silnej dłoni. Odwróciła się z nadzieją. To
była Wiśka Gogolewska. Niestety.
-
Niech się pani belferka tak nie stresuje, złość piękności i na
wątrobę też szkodzi – powiedziała cicho – dzieci jak to dzieci, muszą
się wybiegać, wyszumieć. Nie dziwota. Dziwota byłaby dopiero, jakby były
spokojne. Wtedy różne rzeczy można by było podejrzewać, z narkotykami
włącznie.
-
Ale nabrudzili przecież...?
-
Nabrudzili, to i posprzątają, nie ma problemu. Widzę, że pani
belferka nowa w zawodzie ?
-
Drugi rok – szepnęła Edyta.
-
No – stwierdziła Wisława – lekki kawałek chlebka z miodem to to
nie jest.
* * *
Wojtek Linsta, Darek
Tilcher i Grzesiek Potpolski, trzej licealiści z nieodległego Zgorzelca
spędzali ostatnie w średniej szkole ferie zimowe w sercu Gór Izerskich.
Nastrój, mimo zalęgającego się powoli w ich umysłach strachu przed
zbliżającą się wielkimi krokami maturą, mieli szampański. To dzięki nim
trasa Chatka Górzystów – Harrachov była codziennie przetarta – chłopcy
ćwiczyli siłę przebicia i umiejętność pokonywania trudności w dążeniu do
celu na zaśnieżonym “Złotym Szlaku” – jak go nazywali. Cel był jasny. I
z pianką.
Tego wieczora,
tradycyjnie już, wracali z nowym ładunkiem natchnienia do schroniska.
Część butelek uległa, tradycyjnie już, wyczerpaniu po drodze – na
tradycyjnych przystankach: granica polsko – czeska, schronisko Orle.
Trzeba przyznać, że mieli wyśmienitą kondycję psycho – fizyczną.
Fizyczną zapewniały codzienne prawie trzydziestokilometrowe marsze.
Kondycję psychiczną dawała każdorazowa radość z dotarcia do Chatki,
oczekiwanie na wieczór i na długie rozmowy przy kominku w świetlicy. Gra
na niezmiennie rozstrojonej gitarze Grześka. Po prostu radość z bycia w
górach razem z przyjaciółmi.
Światła Chatki
Górzystów, zważywszy, że rzucane tylko przez stojące w niektórych
pokojach świece, były nikłe. Ale maturzyści nie mogli się zgubić nawet
we mgle i po ciemku. Tę trasę mieli w małym palcu. Ostatnia prosta,
zrzucenie mokrych ciuchów do Starej Kuchni i do kominka. Z zimnym
piwkiem. To jest życie !
Śnieg przed Chatką
był wydeptany.
-
Co to, jakaś banda czeskich partyzantów się przedarła ? – rzucił
Wojtek Linsta.
-
Co je ? – spod stajni wychynął szczupły, nieogolony mężczyzna,
mówiący charakterystycznym, zabawnym dla większości Polaków akcentem –
co wy tam piwopijce hwarzycie ?
-
Nic Honza, nic ! Mówimy, że czescy partyzanci grasują ! – rzucił
z poważną miną Darek Tilcher. Jego koledzy wybuchli śmiechem.
-
No, to nie je smiszne – Honza groził palcem, ale uśmiechał się
szeroko. Miał na nogach narty – jeszcze uwiditie wy czeskich paryzantów,
uwiditie.
-
Jedziesz już ? – spytał Grzesiek.
-
Ano. Swiczki wam prywiozlem. Nashle, nashle, bile zimno ide.
-
No. Nashledanou. Uważaj na siebie Honza. I uważaj na czeskich
partyzantów.
Teksty o czeskich partyzantach były ostatnio na topie. Cała trójka
zachichotała patrząc na zanurzającego się w mleczny opar Czecha. Wtem
drzwi schroniska otworzyły się z hukiem na oścież i czwórka dzieci
wybiegła, potykając się o próg. Po chwili leżeli nosami w śniegu. Dwie
dziewczynki i dwóch chłopaków. Za nimi kolejna czwórka wynurzyła się z
korytarza, zwalając stojące tam narty i zanosząc się głośnym śmiechem.
-
Masz czeskich partyzantów – zachmurzył się momentalnie Darek
Tilcher – To o nich Honzie chodziło. Cholerna gównażeria będzie harcować
dzisiaj po Chatce jak głupia.
-
To posiedzimy w pokoju – mruknął Grzesiek Potpolski – czy coś ?
-
Myślisz, że to coś pomoże ?
Zanim
zdążył odpowiedzieć, Darek poczuł zimną wilgoć spływającą mu za
kołnierz. Odwrócił się i potoczył nienawistnym wzrokiem po roześmianych
twarzach gimnazjalistów z Lubania.
-
To nie ja ! – usłyszał.
-
Ja też nie !
-
To on, proszę pana, to on !
-
Ha ha ha ha ha !
Tilcher zacisnął zęby.
-
Zabić gnojów to mało – warknął.
-
Ciekawe, kto tu z nimi przylazł ? – rzucił Wojtek, zamykając za
sobą drzwi.
* * *
-
Można raz jeszcze ? – Edyta zamknęła za sobą drzwi Kopulatki.
-
Można jeszcze wiele razy – rozłożył ręce Marcin – ale co cię tu
wiodło, powiedz ?
-
Idąc bez celu nie pilnując drogi, sama nie pojmuję jak w twe
zajdę progi – uśmiechnęła się Edyta. Zaraz też zarumieniła się,
przestraszona własną śmiałością.
-
A pytanie zadasz waćpanna w myślach jeno ? – chłopak wstał i
nalał do kubków parującego trunku ze stalowego termosu – wypijesz toast
? Za spotkanie ? Za tych co na morzu ? Za cokolwiek ?
-
Za cokolwiek chętnie – nauczycielka podniosła zielony emaliowany
kubek – może banalnie za zdrowie ?
-
Może staropolskiego bruderszafta ?
-
Racja – dziewczyna łyknęła aromatycznej herbaty – jestem Edyta.
-
Marcinem jestem – wypił także. A potem pocałował ją w usta. I
pozostał w tym stanie dłużej niż powinien. Przynajmniej wedle przyjętych
norm dotyczących pierwszego spotkania.
Nie
opierała się przez dłuższą chwilę. Dłuższą niż powinna. Przynajmniej
wedle przyjętych norm dotyczących pierwszego spotkania. Potem, wbrew
sobie, oderwała się od jego ust. I nieudolnie starała się udawać
oburzenie.
-
Co ty robisz ? – szepnęła – Co ?
-
“Pani, tak mędrzec powiada, że manna gdy z nieba spada, to jeden
je, drugi patrzy” – zanucił jej do ucha – średniowieczna mądrość
trubadura zwanego Marcabru. Mądrość ponadczasowa. Prawdziwa.
-
Ależ ty jesteś bezczelny... – powiedziała, próbując zabrzmieć
surowo i z wyrzutem.
Znów
pocałował ją w usta. Nie broniła się w ogóle. Wręcz przeciwnie.
Skapitulowała na całej linii. Z rozkoszą.
Głos
zza drzwi zabrzmiał jak krzyk dobijanego zwierzęcia. Przejmująco.
“Aaaaaaaa !!!” – zawtórowała w myślach Edyta. Ogarnęła ją nienawiść.
Znała te głosy. Zbyt dobrze. “Aaaaaaaaaa !!!”.
Tym
razem trzasnęła drzwiami Kopulatki najmocniej jak potrafiła. Ale nie z
tej strony, z której chciała. “Aaaaaaaaaaa !!!”.
* * *
-
Aaaaaaaaaaaaa !!! – darły się wniebogłosy Gośka i Monika. Magda
była blada. Jeszcze bledszy był Grzesiek Górski, ale najdalej w tej
konkurencji posunął się Maciek Rychły, na którego czole niebieszczył
się, kontrastując z bielą, a raczej szarością śniadej zwykle twarzy,
solidnych rozmiarów guz. Cały kark miał świeżo podrapany.
-
Co się dzieje ?! – wrzasnęła Edyta. Nerwowo. Wręcz histerycznie.
Niedobrze.
-
Ciii – uspokajała Wisława Gogolewska – coście tam znaleźli ?
Na
świetlicy zebrali się prawie wszyscy aktualni mieszkańcy Chatki
Górzystów. Grzesiek Góra Górski bez słowa odsłonił trzymane w rękach
zawiniątko i udowodnił, że jego piegowata twarz może zblednąć jeszcze
bardziej.
Ten
pokaz miał jedną zaletę. Obie dziewczyny przestały wreszcie wrzeszczeć.
Straciły ochotę. A moment później świadomość.
-
Skąd... gdzie...jak ? – wymamrotała Edyta Askaris.
-
W stajni – bąknął Grzesiek. Maciek potwierdził kiwnięciem głowy.
-
Dajcie spokój – Darek Tilcher był zielony na twarzy i bulgotał –
nie przy jedzeniu.
Wszyscy zebrani, czy stali daleko, czy blisko, odsunęli się do niego co
najmniej na jeden krok. Tylko ubrani na czarno Niemcy nie zmienili
swojej pozycji. Ale oni stali dość daleko.
-
Dajcie to ! – warknęła zmienionym głosem właścicielka schroniska
– Dajcie i to zaraz.
Grzesiek puścił to, co trzymał w rękach. Potoczyło się po drewnianej
podłodze.
Darek
Tilcher nie wytrzymał. Na szczęście dużo nie zjadł. Za to wypił dużo
piwa.
Z
parkietu uśmiechała się pożółkła czaszka. Najgorsze było właśnie to, że
się uśmiechała – miała dużo doszczętnie zepsutych, czarnych zębów. Za to
dwie górne trójki i dolna jedynka świeciły złotem. Czaszka potoczyła się
jeszcze kawałek, zawirowała i zatrzymała się – jak na życzenie,
uśmiechem do zebranego audytorium. Oświetlał ją blask bijący z kominka.
-
Kości zostały rzucone – stwierdziła ni stąd ni zowąd Edyta
Askaris.
-
Alea iacta est – potwierdziła Wiśka Gogolewska i podniosła
czarnozębne szczątki – a teraz spać ! – zarządziła tonem nie znoszącym
sprzeciwu.
-
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa !!! – ocknęły się nagle Gośka i Monika.
* * *
“Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa
!!!” – zaświdrowało w kudłatej głowie pogańskiego bożka. Flins odsunął
się od okna i zatkał spiczaste uszy. “Aaaaaaaaaaaaaaaa !!!” – zabrzmiało
raz jeszcze. To bolało. Gorzej niż poświęcona ziemia.
Flins odwrócił się ,
obszedł Chatkę Górzystów dookoła i umknął w las. Jakżesz on nienawidził
ludzi ! Nienawidził ich szczerze i gorąco. Zwłaszcza tych najmniejszych,
głośno krzyczących.
* * *
Z raportu sporządzonego przez
starszego aspiranta Jacka Riperskiego dnia 4 lutego 2004 w schronisku
górskim Chatka Górzystów w Górach Izerskich.
Następnie, co było, jak podkreślają wszyscy pytani, bardzo dziwne,
dzieci stały się jeszcze głośniejsze. Jakby dla zabicia złych myśli czy
zatarcia ponurego wrażenia zaczęły bawić się, rozrabiać i hałasować ze
zdwojoną siłą. Stali bywalcy Chatki Górzystów stwierdzili zgodnie, że
oni w taki wieczór bawili by się raczej w opowiadanie historii o
duchach, bo atmosfera była sprzyjająca. To, że dzieci zachowywały się
inaczej, zrzucono na karb zbyt częstego oglądania telewizji, braku
wyobrażenia o tym, że można w ogóle spędzać wieczór słuchając opowieści.
Winę za zachowanie dzieci zrzucono też częściowo na nauczycielkę, panią
Edytę A. Zarzucono jej brak kontroli nad klasą czy też wręcz brak
zainteresowania tym, co się dzieje.
* * *
-
Do trzech razy sztuka – szepnęła do siebie polonistka i bez
pukania nacisnęła klamkę Kopulatki.
Wewnątrz paliła się czarna i mocno dymiąca świeca z grubym, pachnącym
knotem, na łóżku leżała otwarta książka, na stole stał termos. W kącie,
u powały wisiał sporych rozmiarów pęczek wysuszonych niebiesko –
fioletowych, przechodzących w dziwny żółty odcień kwiatów Ale Marcina
nie było.
-
Cholera ! – zaklęła Edyta. Kolejny raz trzasnęła drzwiami
nieszczęsnego pokoju. Wybiegła na dwór.
Śnieg
chłodził jej rozpalone policzki.
* * *
Maria Bostonwuerger
i Karl Mannsohn spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Nie zawiane jeszcze
ślady prowadziły do lasu.
-
Die schwarze Stunde ist endlich gekommen meine liebe Locusta –
powiedział cicho Karl.
-
Die schwarze Nacht macht uns unsichtbar – zawtórowała Maria.
-
Wir Raben...
-
Wir Eulen...
-
Drachen...
-
Ungeheuer...
-
Erloesche nie, o Feuer !
W
przeraźliwej ciszy szumiały cicho szeptane słowa ponurej pieśni.
* * *
-
I to się stało wtedy ? – zapytał Jacek Riperski – Tak ?
-
Juści – potwierdziła Wisława Gogolewska – zdaje się, że wtedy.
Ten mały z guzem, co go Wąpierz podrapał, chodził po schronisku i szukał
kolegi.
-
I znalazł ?
-
No właśnie nie. Bo to ten piegowaty zginął pierwszy. Ale wtedyśmy
o tym jeszcze nie wiedzieli.
-
Jak to było ?
-
Żebym to ja dobrze pomniała... Dyskotekę sobie malcy urządzili.
Spryciarze baterie nawet na zmianę przytargali.
* * *
Najnowszy przebój
“Nas Pięcioro” “Kocham się w tobie rano gdy wstaję z łóżka” brzmiał na
tyle głośno, na ile pozwalała moc głośniczków przyniesionego przez Gośkę
magnetofonu zwanego powszechnie “jamnikiem”. Jego techniczne mankamenty
były rekompensowane przez żywiołowe reakcje dzieci i ich głośny śpiew
razem z liderem popularnej “Piątki”.
-
Co rano, co rano, co rano, serce mi bije pod starą piżamą. Co
rano, co rano, co rano kocham się w tobie i już !
Dzieci opanowały świetlicę. Nie było to trudne – wystarczyło przynieść
magnetofon i puścić muzykę z przyniesionej kasety. Najbardziej
zatwardziali “Chatkowicze” nie wytrzymywali. A zwykle są to ludzie
odporni na czynniki zewnętrzne i nawykli do trudów. Nie dali rady.
Zwykle są to też ludzie spokojni, więc nie zareagowali agresywnie.
Muzyka łagodzi obyczaje...
Ciągle szary na
przyozdobionej guzem twarzy Maciek Wczas Rychły wpadł do świetlicy i
krzyknął, starając się zagłuszyć “Nas Pięcioro” i całą klasę.
-
Nie widział ktoś Góry ?!
Ktoś
ściszył magnetofon.
-
Co ?!
-
Pytam, czy nie widział ktoś Grześka ?!
-
Nie – odezwało się kilka zgodnych głosów – Tu go nie było.
-
Może w kiblu jest ? – zasugerował mały Waldek.
-
Nie, byłyśmy przed chwilą – powiedziała w imieniu swoim i Moniki
Gośka.
-
A w pokoju ?
-
Nie ma, stamtąd idę.
-
Góra z Górą się nie zejdzie – zachichotał Władek – może poszedł
po rozum do głowy ?
-
Przestań już o tej głowie – spiorunowała go wzrokiem Magda –
trzeba powiedzieć pani.
-
A po co ? – prychnęła Monika – Jeszcze nam zabroni się bawić...
-
I będzie miała rację – wychowawczyni stanęła nagle w drzwiach
świetlicy – Co się stało ?
-
Nic się nie stało – pospieszyła z odpowiedzią Gośka – nic
zupełnie. Możemy się jeszcze trochę pobawić ?
-
Ale po 22 do łóżek ! – warknęła spoglądając na zegarek. Była
mokra od śniegu. I zaczerwieniona.
* * *
Z raportu sporządzonego przez
starszego aspiranta Jacka Riperskiego dnia 4 lutego 2004 w schronisku
górskim Chatka Górzystów w Górach Izerskich.
Według relacji wszystkich pytanych, feralnego wieczoru 3 lutego 2004
około godziny 21, mimo bardzo złej pogody, nazywanej tu powszechnie
“białym zimnem”, większość mieszkańców opuściła schronisko w
poszukiwaniu chwili ciszy. W tym samym czasie na świetlicy dzieci
urządzały sobie dyskotekę przy dźwiękach przyniesionego magnetofonu.
Według słów kierowniczki, taka zabawa w Chatce Górzystów to ogromna
rzadkość. Właściwie oprócz niej w schronisku przebywała o tej porze
tylko trójka licealistów ze Zgorzelca. Spędzali oni czas w swoim pokoju
o nazwie “Stara Kuchnia” (na piętrze). Nie zaręczają oni jednak, że nie
opuszczali pokoju w ogóle, wręcz przeciwnie, są pewni, że co jakiś czas
któryś z nich wychodził (niemożliwe do ustalenia jest, kto i kiedy).
Wyjścia miały bezpośredni związek z zaspokajaniem popularnej potrzeby
fizjologicznej, co natomiast miało bezpośredni związek ze spożywaniem we
wzmiankowanym pokoju dużych ilości czeskiego piwa jasnego marki
Gambrinus, Złoty Bażant oraz ciemnego piwa marki Velkopopowicky Kozel.
Pytani o stosunek do bawiących się w świetlicy dzieci odpowiadają
wymijająco, że zabawa im nie przeszkadzała. Jednak w głosie wyraźnie
słychać z trudem skrywaną niechęć. Pytani, czy wiedzieli o tym, że jedno
z dzieci zaginęło, odpowiadają zgodnie i bez zastanowienia, że nie mieli
pojęcia.
* * *
-
Maciek ? – Grzesiek Górski oddalał się coraz bardziej od
schroniska w poszukiwaniu swojego przyjaciela. Czuł niepokój.
W
obecnych warunkach, zapadając się po kolana, a często nawet po pas w
śniegu, chodzenie po szlakach wiązało się z ogromnym wysiłkiem, nawet
dla w miarę wybieganego czternastolatka. Dlatego Grzesiek nie odszedł
naprawdę daleko. Dwieście, trzysta metrów ? Wystarczyło. Było bardzo
zimno i po kilkunastu, może kilkudziesięciu minutach stracił orientację
w oparach “białego zimna”. Brakowało mu sił. Albo ogromnie przydatnych
zimą w Izerach, częstokroć zastępujących rakiety śnieżne, nart
biegowych. Powoli wpadał w panikę. Przecież był tylko dzieckiem.
-
Gdzie się włóczysz mały ?
-
Aaa ! – wrzasnął Grzesiek i upadł twarzą w śnieg.
-
Gdzie się włóczysz, pytam ? – powtórzył doktorant historii Marcin
Marchwicki. W przeciwieństwie do gimnazjalisty nie zapadał się w śniegu.
Miał narty.
-
Nie widział pan mojego kolegi ? – zapytał podnosząc wzrok Góra.
Głos mu drżał, na twarzy miał resztki śniegu, w oczach migotały łzy.
-
Czy widziałem ? – prychnął Marcin – Nie, teraz nic nie widać,
jest ciemno, mgła i białe zimno, wiesz ? Stille Nacht, heilige Nacht,
jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.
-
To taki kolega czarny, z guzem na czole... No bo on gdzieś zginął
i ja się boję, że może stało mu się coś złego – trajkotał uczeń.
Naprawdę się bał.
-
Masz rację, że się boisz – doktorant oparł czubek narciarskiego
kijka o pierś gimnazjalisty – tutaj o wypadek nietrudno. Z górami nie ma
żartów.
-
Jak to ? – Grzesiek miał rozszerzone oczy i sine od mrozu usta.
-
Tak – pokiwał głową Marcin – a teraz smaruj z powrotem do Chatki
gówniarzu. Jasne ?
Góra
odwrócił się z bijącym mocno sercem. Widoczność w każdym kierunku
ograniczała się do kilku metrów. A może kilku centymetrów ? Trudno było
to stwierdzić – z góry, z dołu i z każdego z boków otaczała go taka sama
przyciemniona czernią nocy biel.
-
Po śladach synku, po śladach – dobiegło go przez szum zawiei.
Posłuchał. Ruszył po śladach. Nie był pewien, czy po swoich.
* * *
-
Może mi pani służyć jako tłumacz ? – podrapał się w głowę
policjant. Nieraz już pluł sobie w brodę, że za młodu nie uczył się
języków obcych.
-
A z jakiej to lingwy ? – zapytała Wisława Gogolewska – Bo ja we
francuskim najprędzej się orientuję.
-
Nie, muszę tych Niemców przesłuchać.
-
Aha, państwo zombie idą w tango ?
Maria
Bostonwuerger i Karl Mannsohn siedzieli wyprostowani, bladzi i odziani
nieodmiennie na czarno. Oboje mieli wąskie, zaciśnięte wargi.
-
Niech pani zapyta, co robili wieczorem 3 lutego 2004.
-
Was habt ihr an diesem Abend gemacht ? Gestern meine ich. –
zapytała Gogolewska.
-
Die Nacht war schwarz... – zaczął Karl Mannsohn, ale przerwał
uderzony łokciem przez swoją towarzyszkę.
-
Co mówi ? – warknął Riperski - Co ?
-
Mówi, że ciemno widział – wzruszyła ramionami właścicielka
schroniska.
-
Co ?
-
Mówi, że noc była czarna.
-
Nie rozumiem...
-
Wiem, dlatego panu tłumaczę.
Starszy aspirant po raz kolejny napluł sobie w myślach w brodę. Mimo
wszystko próbował zachować zimną krew.
-
Proszę powiedzieć, żeby mówili konkretnie.
-
Dobra... Sagen Sie uns bitte konkret.
-
Konkret... – zamyśliła się Maria Bostonwuerger – wir wissen nicht
mehr genau. Haben einen Spaziergang gemacht, oder ?
-
Ja – potwierdził Mannsohn – in den Wald.
-
Mówią, że poszli do lasu – przetłumaczyła Wisława Gogolewska – na
spacerek.
-
W nocy ? Może poszli do lasu ? A może wrzucimy granat do studni ?
– zagryzł wargi Riperski – Co oni tu w ogóle robią, co ?
-
Bo ja wiem ? – zastanowiła się Wiśka – Mnie nie przeszkadzają.
Cisi i spokojni. Trochę dziwni. Ponurzy. Może sataniści ? Ja tam się
zresztą w światopogląd nie wtrącam.
-
Sataniści ? – podniósł brwi policjant.
-
Nie wiem, tak tylko sobie strzelam. Krzyży do góry nogami nie
zaobserwowałam. Może po prostu spędzają tu czas ?
-
Niech pani spyta – zażądał aspirant – niech pani spyta, co oni tu
robią.
-
Was macht ihr hier ?
-
Wir verbringen die Zeit hier, was sonst ?
-
No, nie mówiłam ?
* * *
Nie wiedział kto go
uderzył. Nie wiedział kiedy. Nie wiedział dlaczego.
Już mu nie zależało.
Po raz kolejny tego wieczoru padł twarzą w zimną, głęboką, pokrytą
warstwą lodu pierzynę. Nie czuł zimna. Nic nie czuł. Nawet ból
promieniujący z tylniej części głowy zgasł ja zdmuchnięta świeca.
Grzesiek Górski
zapadał się w otchłań.
* * *
Z raportu sporządzonego przez
starszego aspiranta Jacka Riperskiego dnia 5 lutego 2004 w schronisku
górskim Chatka Górzystów w Górach Izerskich.
Około
godziny 21.30 stwierdzono zaginięcie drugiego dziecka, Grzegorza
Górskiego vulgo Góra. Zniknięcie ww. zauważone zostało przez kolegów i
koleżanki z klasy, a konkretnie rzecz biorąc przez Magdalenę Wiśniewską.
*
* *
-
Słuchajcie, gdzie jest Góra ? – Magda, wzorowa uczennica, starała
się, częściowo podświadomie a częściowo świadomie zastąpić nieobecną
wychowawczynię.
-
Pewnie włóczą się gdzieś z Maćkiem, jak to oni – prychnęła Gośka,
próbując przebić się głosem przez grający magnetofon.
-
Co rano, co rano, co rano, serce mi bije pod starą piżamą ! –
wydzierał się zespół “Nas pięcioro”. Piosenka “Kocham się w tobie rano
gdy wstaję z łóżka” była niekwestionowanym przebojem wieczoru.
-
Trzeba powiedzieć komuś... – zasępiła się Magda.
Gośka
machnęła lekceważąco ręką. Zabawa trwała w najlepsze. Klasa II h z
gimnazjum nr 4 w Lubaniu Śląskim rozkręcała się. Miała do tego dobre
warunki – żadnego nadzoru ze strony dorosłych. Istny raj.
* * *
Drzwi do Zbirówki otworzyły się na oścież. Naprzeciw, na drugim końcu
korytarza, stały otworem drzwi do Kopulatki.
-
Przyjechałeś ? – powiedziała Edyta Askaris. Nie chciała, żeby
zabrzmiało to tak tęsknie i sentymentalnie. Ale tak właśnie zabrzmiało.
-
Veni vidi – uśmiechnął się Marcin Marchwicki – A ty ?
-
Ja ? – podeszła bliżej – Ja czekam trzeci dzień i patrzę na
drzwi, czy przyjdzie ktoś od ciebie, czy przyjdziesz ty...
Objął
ją ramieniem i popchnął leciutko do swojego pokoju. Zamknął drzwi.
-
Veni vidi vici – mruknął pod nosem i pocałował ją namiętnie. Nie
odpowiedziała. Miała co innego w głowie. I zajęty język.
Pukanie do drzwi było szybkie i nerwowe. Równie szybkie i nerwowe było
otwarcie tychże drzwi. Nauczycielka odskoczyła od doktoranta jak
oparzona. Dyszała ciężko.
-
Przepraszam – Magda Wiśniewska mówiła szybko – tak sobie właśnie
myślałam, że panią tu znajdę. Proszę pani, Grzesiek Górski i Maciek
Rychły gdzieś zginęli. Nie ma ich już chyba z godzinę, albo i dłużej.
Edyta
wypuściła powietrze nosem.
-
Wiesz, że to niegrzecznie wchodzić bez pukania ? – syknęła.
-
Pukałam, i ja... – wzorowa uczennica złapana na uchybieniu
dobremu wychowaniu to nie najprzyjemniejszy widok. Czerwień twarzy i
drżące usta – bo ja myślałam, że... Bo Maćka i Grześka nie ma i ja
myślałam...
-
Zamknij drzwi i idź do reszty klasy się bawić – głos
wychowawczyni był zimny.
Magda
z trudem powstrzymywała cisnące się do oczu łzy.
-
Przepraszam, ale ich naprawdę nie ma... – wykrztusiła. I wyszła,
starając się zamknąć drzwi jak najciszej.
-
Przepraszam – wykrztusiła Edyta nie patrząc na Marcina.
-
Nie przepraszaj – rozłożył ręce doktorant – taka żyzń sobacza.
Można się przyzwyczaić.
-
Ale ja... – polonistka miała drżące usta.
-
Wiesz co ? – złapał ją za ramię i odwrócił w kierunku drzwi –
Myślę, że powinnaś pójść i ich przypilnować. Przecież to twoja praca.
-
Ale...
-
Idź, idź.
Cicho
zamknęła za sobą drzwi. Z trudem powstrzymywała cisnące się do oczu łzy.
Zacisnęła pięści. Wzięła się w garść.
Były
momenty, że nie lubiła swojej pracy. Rzadkie. Znacznie częściej jej
nienawidziła.
* * *
Karl
Mannsohn chwycił Marię Bostonwuerger za ramię zgrabiałą dłonią.
-
Sieh mal nur Locusta – szepnął jej do ucha – er ist endlich
gekommen.
-
Woher weisst du, dass es nicht “sie” ist ? – w głosie Marii była
ironia.
-
Ich weiss nicht – przyznał Mannsohn – keine Ahnung.
Mimo
podniecenia i czarnych skórzanych płaszczy oboje czuli przenikliwe
zimno. Ale starali się tego nie okazywać. Spokój i beznamiętność – to
były zasady główne. Pozwalające przetrwać w tym okrutnym świecie.
* * *
Poczucie obowiązku – to wpajano Magdzie Wiśniewskiej od
najmłodszych lat. Już od podstawówki była gotowa do obejmowania
kierowniczych stanowisk na dowolnych szczeblach. Przez lata edukacji
zdobywała coraz więcej doświadczeń w pracy z ludźmi. Jak na
czternastolatkę była bardzo rzeczowo i konkretnie nastawiona do
otaczającego świata wzajemnych zależności. Wiedziała, że lepiej jest
zrobić coś samemu niż delegować uprawnienia osobom niekompetentnym.
Postanowiła poszukać zaginionych kolegów na własną rękę.
Znała ich. Doskonale
wiedziała, że Góra i Wczas to żądne przygód łaziki, szperacze,
poszukiwacze skarbów. Dobry materiał na wiecznych chłopców. Takich jak
oni należało szukać w miejscach pełnych zakamarków. Jak stajnia albo
drewutnia.
Drewutnia... Za
sągami poukładanego drewna na opał było wiele miejsc, gdzie mógł schować
się nieduży gimnazjalista. Nawet tutaj wisiały pęczki fioletowo –
niebiesko – żółtych suchych kwiatów. Magda chwyciła mocniej latarkę i
zagłębiła się w drewniany labirynt.
* * *
Darek Tilcher
otworzył ostrożnie drzwi i wyszedł na zaśnieżone podwórko przed Chatką
Górzystów. Za nim Grzesiek Potpolski i Wojtek Linsta. Porozumieli się
wzrokiem, przytaknęli. Wszyscy trzej, jak jeden. Potem ruszyli w
kierunku drewutni.
* * *
Z raportu sporządzonego przez
starszego aspiranta Jacka Riperskiego dnia 4 lutego 2004 w schronisku
górskim Chatka Górzystów w Górach Izerskich.
Wszyscy, łącznie z
Wisławą Gogolewską, są zgodni: tego wieczoru w świetlicy było bardzo
głośno. Oprócz magnetofonu, w którym, dzięki zapobiegliwości dzieci,
można było co jakiś czas zmienić baterie, przyczyniały się do ilości
decybeli głosy samych gimnazjalistów. Wszystko wskazuje na to, że dzieci
spędziły wieczór bez nadzoru wychowawczyni. Ta, na co wskazują wszelkie
poszlaki oraz poufne, szeptane zeznania, spędziła wieczór w towarzystwie
Marcina Marchwickiego.
Smutny fakt jest
taki, że wychowawczyni, Edyta Askaris, nie upilnowała powierzonej jej
pod opiekę klasy. Zapewne poniesie za to daleko idące konsekwencje.
Łącznie z wyrzuceniem ze szkoły. Czyli z pracy.
* * *
-
Maciek, Grzesiek ? – Magda Wiśniewska skłamałaby mówiąc, że się
nie boi. Bała się. Promień trzymanej przez nią w dłoni latarki tańczył,
przesuwając się po wąskich korytarzykach między wysokimi na dwa metry
pryzmami porąbanego drewna.
-
Maciek ? – zagaiła znowu Magda – Góra ? Wczas ?
Miała
cichy, drżący, tłumiony przez otaczające polana głos. Nie mogła
opanować wrażenia, że ktoś ją śledzi. Leżące na posadzce wióry nosiły
ślady butów. Czyich butów ?
-
Rychły ! Górski ! – ośmieliła się krzyknąć głośniej. Odrobinę
głośniej.
Pierwsze uderzenie wytrąciło jej latarkę.
Drugie sprawiło, że przestała przejmować się zniknięciem kolegów.
Przestała przejmować się grożącą jej czwórką z fizyki. Przestała
przejmować się czymkolwiek.
Gruba
warstwa trocin na podłodze sprawiła, że upadek był bezgłośny.
A
potem ktoś lub coś wyniosło po cichu bezwładne ciało na zewnątrz. Tam,
gdzie panowało białe zimno.
* * *
Flins miał krew na twarzy i na szponiastych łapach. Jednak ta noc
nie zakończyła się bezowocnie. Pogański bożek wyprostował się, otworzył
ramiona i zawył złowrogo. To był okrzyk radości i triumfu. Najedzenia.
* * *
-
Jak pan to widział ze swojej strony, jaka była atmosfera w
schronisku, proszę opowiedzieć – Riperski skierował mikrofon w stronę
Marcina Marchwickiego.
-
Atmosfera ? No cóż... Zdziwi się pan, ale piknik. Około 22 w
świetlicy trwała zabawa w najlepsze. Istny dance macabre.
-
Dance, powiada pan...?
-
Dance macabre. Póki dżuma czas się bawić.
-
A... – policjant zrobił klasyczną pauzę na spojrzenie
przesłuchiwanemu w oczy – A Edyta Askaris... Gdzie była w tym czasie ?
-
Edyta ?
-
Tak, Edyta. Czy była z panem ?
-
Nie... To znaczy... – po raz pierwszy w czasie przesłuchania
Marcin Marchwicki stracił pewność siebie – częściowo tak... Momentami.
Wpadaliśmy na siebie.
-
Czy wiedział pan o zaginionych dzieciach ?
-
Tak. Słyszałem, jak jedna z dziewczynek, taka mała blondynka
mówiła o dwóch chłopcach, którzy się zgubili. Jednego zresztą spotkałem
na dworze...
-
I co ?
-
Skierowałem go do Chatki, kazałem mu iść po śladach.
-
Posłuchał.
-
Tak. Z tego co widziałem, poszedł. To nie było daleko, kilkaset
metrów może.
-
Czy ona się panu podoba ? Względnie podobała ?
-
Kto ?
-
Edyta Askaris.
-
No...tak.
-
Ona twierdzi, że spędziła ten wieczór z panem. Cytuję: “byłam u
Marcina Marchwickiego w Kopulatce”.
-
Tak powiedziała ?
-
Tak powiedziała. “W Kopulatce”. Śmieszna nazwa, nieprawdaż ?
* * *
-
Blut auf seinen Haenden ! – zanucił Karl Mannsohn niemal
ekstatycznie.
-
Oder Blut auf ihren Haenden – skarciła go Maria Bostonwuerger.
-
Du hast Recht, Locusta.
-
Wir haben Glueck...Sczenscie – uśmiechnęła się upiornie nazywana
Locustą.
Zamiast odpowiedzi Karl Mannsohn ścisnął mocniej siekierę. Mróz chwytał
coraz silniej, białe zimno zaciskało szczęki. A Karl po prostu nie wziął
rękawiczek.
-
Hast du Angst ? – zapytała Maria.
-
Neee – pokiwał głową Niemiec. Zupełnie nieprzekonywująco.
-
Es ist dir kalt ? – zgadła Locusta.
Karl
przytaknął. I zadygotał, jak gdyby dla potwierdzenia.
-
Das alles braucht Opfergaben. Er... oder sie braucht auch
Opfergaben. Wir muessen das schaffen.
Kłykcie Karla Mannsohna zbielały na trzonku siekiery. Częściowo od
mrozu, częściowo od kurczowego uścisku.
-
Wir haben’s ja schon geschafft – stwierdził Karl przez zaciśnięte
zęby.
* * *
-
A po 22 ? – zagaił Jacek Riperski.
-
Tak... – powiedział Wojtek Linsta w imieniu swoim i kolegów –
Wychodziliśmy, to fakt. Raz nawet we trzech... Odlać się znaczy,
grupowo, bo tak raźniej. Za drewutnią.
-
Wiedzieliście, co się stało ?
-
A skąd ? Ciemno, mgła, białe zimno, wie pan, skąd mieliśmy
wiedzieć ?
-
Nic nie było słychać ?
-
Nic.
Licealiści ze Zgorzelca mieli nietęgie miny. Ale przytakiwali
posłusznie.
-
Nikogo nie widzieliście ? – wrócił do klasycznej procedury
starszy aspirant.
-
Nie... – pociągnął odruchowo Linsta.
-
To znaczy... – wszedł mu w słowo Potpolski – ci dziwni Niemcy
wracali akurat z lasu.
-
Tak – przypomniał sobie Darek Tilcher – jak zwykle cali na
czarno. On niósł siekierę. To wariaci, sataniści. Cholera wie. Wszystko
co najgorsze.
-
A dlaczego ? – wyciąganie opinii z nastolatków nie było trudne.
Zwykle.
-
Dlaczego, dlaczego ? Wystarczy na nich popatrzeć.
* * *
Koty z Chatki Górzystów były
aktywne nocą. To raczej normalne w przypadku tych zwierząt. Mimo, a może
właśnie dzięki temu, że były dobrze karmione, wyruszały nawet w mroźne
noce na polowania w głębokim śniegu. Miały energię, miały gęste, grube
futra. Miały czas – mogły pozwolić sobie na zabawę. Taki przywilej
zwierząt domowych.
Zabawa w białym
zimnie nie mogła trwać zbyt długo – to groziło zamarznięciem. Trzeba
było wyszaleć się krótko ale intensywnie. Tak też się działo. Dziś było
ich mniej – ale tak też czasami się zdarzało. W końcu koty słyną z tego,
że chodzą swoimi drogami. Wąpierz był zajęty, Anastazja grzała się
pewnie w jakimś ciepłym kącie.
Skrzypienie śniegu
pod stopami brzmiało jak piłowanie suchego pnia. Biała pierzyna nie była
na tyle twarda, by się w niej nie zapadać – jedynie kotom udawało się
biegać po zastygłej na mrozie skorupie. To dawało im pewną przewagę –
łatwo mogły uciec przed potencjalnym, ciężkim jak człowiek albo cięższym
przeciwnikiem. To też był jeden z elementów zabawy.
Stary kocur Fryderyk
poślizgnął się na twardej, gładkiej lodowej tafli. Miauknął krótko,
przeraźliwie. Urwanie.
Dla niego zabawa się
skończyła.
* * *
Z raportu sporządzonego przez
starszego aspiranta Jacka Riperskiego dnia 4 lutego 2004 w schronisku
górskim Chatka Górzystów w Górach Izerskich.
Po 22 zginęła, a
właściwie to zaginęła trzecia ofiara, tak wskazują wszystkie poszlaki.
Była to Magda Wiśniewska. Prawdopodobnie zginęła w drewutni, czego
dowodzą wykryte ślady. Ciała jednak nie odnaleziono, gdyż w natłoku
śladów na podwórku nie sposób odnaleźć pojedynczych tropów...
Jacek
Riperski spojrzał krytycznym okiem na swój raport. Najwyraźniej tracił
styl. Na miejscu zdarzenia było mnóstwo śladów – w tym wyraźne ślady
krwi. Jednak nie było żadnych ciał. Coś się nie zgadzało. Nic się nie
zgadzało. Był w kropce.
Czuł
strach, ale bał się do tego przyznać. Bał się więc dwójnasób. I zdawał
sobie z tego sprawę. To jeszcze pogarszało sytuację.
Kot
Wąpierz zamiauczał z kąta i przeciągnął się powoli wpatrując się w
chybotliwy płomień ciemnej świecy.
* * *
Edyta Askaris
usiadła na ławce i spojrzała bezmyślnym wzrokiem na stojący na ciut
topornie zrobionym stole magnetofon. Kaseta trzasnęła oznajmiając koniec
strony, przycisk “play” wyskoczył do góry. “Nas pięcioro” skończyło swój
koncert na ten wieczór. Dzieci nie było już w świetlicy – kierując się
podświadomym strachem, być może jakimiś resztkami dawno utraconego przez
rodzaj ludzki instynktu, uciekły do “Zbirówki” i położyły się do łóżek.
Polonistka spojrzała na zegarek, oświetlając cyferblat światłem świecy.
Dzieci nie wiedziały,
co stało się z nieobecnymi Maćkiem, Grześkiem i Magdą. Nikt nie
wiedział. Prawie nikt.
Edyta wyszła po
cichu. Dziwnie się czuła.
* * *
W “Zbirówce”
panowała cisza podobna do tej na dworze. Uczniowie klasy II h gimnazjum
w Lubaniu Śląskim zapomnieli o wzajemnych animozjach i skupili się razem
na połączonych łóżkach pod północno – wschodnią ścianą. Było im raźniej.
Odrobinę.
* * *
-
I co, znaleźli się ? – spytał Marcin natykając się na Edytę na
korytarzu.
Miała
rozbiegane, nieobecne oczy.
-
Kto...? A oni ? Tak, tak.
-
Gdzie byli ?
-
No... – zacisnęła wargi – wyszli gdzieś i wrócili. Po prostu.
-
Ach tak – uśmiechnął się do niej – to dobrze.
-
To bardzo dobrze.
-
To... – chciał coś powiedzieć. Ubiegła go.
-
To na razie.
-
Na razie ?
-
Tak, do zobaczenia później.
* * *
-
Jakieś logiczne wytłumaczenie ? – Wisława Gogolewska opłukała
ręce w wiadrze pod piecem – Logiczne ?
-
Hipoteza ? – zaproponował Jacek Riperski.
Włączony magnetofon szumiał. Nieszczególnie uspokajająco.
-
Jaka hipoteza ? – właścicielka Chatki spojrzała na aspiranta.
Miała zmarszczone brwi – Hipoteza dotycząca czego ? Przyczyn, sprawcy,
faktów ? Luźne przemyślenia ?
-
Tak, właśnie o to mi chodzi – potwierdził policjant skwapliwie.
-
Tak... – kobieta rozglądała się za czymś – a, tuście mi...
Rozjaśnię trochę sytuację. Honza przywiózł te świeczki z Nepalu, mówił,
że kupił od jakiegoś szalonego mnicha pod buddyjską świątynią...
-
Zadałem pani pytanie – zasugerował miękko Riperski – przypominam,
że to jest śledztwo.
Czarna świeca z grubym, dymiącym knotem rozbłysła na małej glinianej
podstawce. Dym pachniał... Pachniał ziołami, egzotyką. Pachniał
odurzająco. Wisława zaciągnęła się z lubością.
-
Nie wiadomo, z czego są te świeczki – powiedziała.
-
Jak to ?
-
Po prostu. Produkt nie licencjonowany i nie znormalizowany.
Prawdziwe rękodzieło ludowe nepalskich tambylców. Przywieziony do Polski
przez zieloną granicę na Odrze, Nysie i Izerze. Ze wskazaniem na tę
ostatnią.
-
To nie należy do sprawy – policjant starał się ukryć fascynację
zapachem palącej się świecy. Przyjemność z wdychania aromatu wydawała mu
się niegodna stróża prawa – Ja pytałem raczej o jakieś...być może
irracjonalne wskazówki...
-
Od paru dni te świeczki są w całym schronisku, bo dostawy
zawiodły, te nasze, polskie, już wyszły i Honza poratował nas w drodze
bratniej przyjaźni pomiędzy naszymi krajami.
W
kuchni – bufecie Chatki Górzystów zaparowały okna. Dym wiercił w nosie i
powodował łzawienie oczu. Wbrew pozorom były to dość przyjemne objawy.
Jacek Riperski zmrużył oczy z zadowoleniem. Potem otrząsnął się na
chwilę.
-
Szczegóły, wrażenia... – bąknął.
-
Wie pan, że tojad rosnący w Górach Izerskich przeszedł jakąś
specyficzną mutację po owej słynnej katastrofie ekologicznej ?
-
Tojad ?
-
Tojad, tojad. Roślinka taka, bardzo sympatyczna poniekąd –
trująca i lecznicza zarazem...Normalnie fioletowa, niebieskawa, u nas
nabiera takiej jakiejś żółci. Naukowcy stwierdzili autorytatywnie, że
nigdzie indziej taka odmiana nie rośnie.
-
To nie ma nic do rzeczy – głos starszego aspiranta był słaby i
monotonny.
-
Niby nie – Gogolewska zerknęła na pęczek ziół wiszący u powały
kuchni – niby nie...
Magnetofon szumiał usypiająco. Już dawno przestał niepokoić. A może
niedawno ? Jacek Riperski nie wiedział.
Kot
Wąpierz przeciągnął się i czmychnął przez uchylone drzwi, zawadzając po
drodze opartą o szafkę siekierkę. Siekiera upadła z trzaskiem.
-
Chodźmy do Zbirówki, tam się to wydarzyło – zaproponowała
właścicielka Chatki.
-
Dobrze – zgodził się, ocknąwszy na chwilę aspirant. Poszli.
* * *
-
La vida es el sueno y los suenos suenos son – mruknął Marcin
Marchwicki – czyli życie to sen wariata śniony nieprzytomnie. W bardzo,
ale to bardzo dowolnym tłumaczeniu, nie do przyjęcia zresztą przez
żadnego szanującego się filologa.
Był
trzeci lutego, godzina mniej więcej dwudziesta trzecia.
Był
sam w swoim pokoju. W Kopulatce paliła się świeca, jedna z tych
przywiezionych przez Honzę Tepesa. Za drzwiami dało się słyszeć ciche
pomiaukiwanie kota.
Chyba.
* * *
Maria Bostonwuerger
i Karl Mannsohn usiedli w pustej świetlicy i patrzyli na cienie
pełgające po bielonych ścianach.
-
Ich mache ‘nen Tee – zaoferował cicho Karl.
Skinęła głową i zerknęła na zegarek. Była mniej więcej dwudziesta
trzecia.
Wąpierz zajrzał do świetlicy i oddalił się bezgłośnie.
* * *
-
Która jest ? – zapytał Wojtek Linsta odstawiając pustą butelkę na
podłogę.
-
Jedenasta ? – próbował zgadnąć Grzesiek Potpolski.
Zgadł.
* * *
Dzieci w “Zbirówce” spały
twardo. Z piecyka biło przyjemne ciepło, z rozwieszonych pod sufitem
ziół i jarzących się resztek świeczek dolatywał słodkawy, dość, a nawet
bardzo przyjemny zapach.
Brakowało trzech osób. Mimo to żaden gimnazjalista nie czuwał, żadnemu
nie biło szybciej serce na myśl o zaginionych gdzieś kolegach.
Dym w
pomieszczeniu układał się w fantazyjne kształty dzikich zwierząt.
Wprawne, sterowane pełnym wyobraźni umysłem oko rozróżniłoby
niedźwiedzie, tygrysy, lwy – ewentualnie inne duże drapieżniki. Albo
dwunastogłowego smoka.
* * *
Drzwi do “Zbirówki” otworzyły
się z cichutkim skrzypieniem. W blasku dogasającej świeczki, opatulone w
śpiwory, przytulone do siebie, spały dzieci. Już nie biegające po
schronisku łobuzy, hałasująca banda bachorów, hałastra... Nie – zwykłe,
nastoletnie śpiące dzieciaki. Przestraszone, zmęczone... Normalne.
Ludzie szybko zapominają. “Cud niepamięci” – śpiewał Stanisław Sojka.
Rzeczywiście jest to pewien rodzaj cudu – na czym zresztą opiera swój
byt większość polityków wszystkich szczebli – od ogólnokrajowego po
lokalny. Gdyby ludzie pamiętali wszystko, co dany przedstawiciel którejś
z partii kiedykolwiek zrobił czy powiedział, większość z nich po jakimś,
krótszym czy dłuższym czasie, nie miałaby wstępu do świata polityki. I
wtedy mogłaby się zdarzyć nawet taka sytuacja, że nie byłoby godnych,
ani (w co trudno uwierzyć), chętnych do rządzenia. Na szczęście jest
“cud niepamięci”.
Jednak niektórzy pamiętają. Niektórych rzeczy nie da się wymazać.
Normalne, przestraszone, zmęczone dzieciaki ? Czy banda cholernych
gówniarzy ?
Knot
świeczki syknął i zgasł. To nie zmieniało sytuacji. Decyzja została
podjęta.
Drzwi
do “Zbirówki” zamknęły się z cichutkim skrzypieniem. Zaskrzypiała też
drewniana podłoga i schody. Słychać było, że ktoś stara się nie dyszeć.
Nie dyszeć z wysiłku.
* * *
-
Chce pan wiedzieć, co się stało ? – głos Wisławy Gogolewskiej
dochodził jakby przez długi, pusty korytarz. W Zbirówce też wisiały pęki
żółtawego tojadu, na stole paliła się ta sama świeca, co w bufecie.
-
Oczywiście – burknął Jacek Riperski odruchowo – proszę mówić.
-
Proszę mi pokazać pańskie notatki – teraz ton jej głosu był
niemal rozkazujący.
-
Nie mogę... – bronił się słabo aspirant – Nie wolno bez
rozkazu...
Nie
zdawał sobie nawet sprawy, że jego słowa nie przynoszą żadnego efektu.
Właścicielka Chatki już od kilku minut przeglądała gruby notatnik
policjanta.
-
Świetnie – mruczała – niezły styl. Za pisarza mógłby pan robić,
za pisarza...
-
Mówi pani...? – mimo ogólnego zamroczenia Riperski wychwytywał
ważne dla siebie zdania – Poważnie ?
Zignorowała to pytanie. Zamiast tego wskazała coś palcem.
-
Tutaj: ... tak...bardzo lubi zwierzęta – w jej otoczeniu ciągle
jest mały pies Reksio, nieokreślonej rasy, dużych rozmiarów suka Ziuta i
kilka kotów, wśród których prym zdaje się wodzić potężny kocur o imieniu
Wąpierz... Kilka kotów...
-
No i co ? – Riperski próbował wytrząsnąć z siebie zamroczenie.
Bez wyraźnych efektów – W czym problem...?
Głos
Wisławy stwardniał:
-
Było dziewięć, rozumie pan ? Dziewięć kotów. Teraz jest siedem. A
z dwóch...
Nie
dosłyszał resztki opowieści. Zerknął jeszcze raz na palącą się świeczkę
a ciężka głowa pociągnęła go w dół.
Ku
błogiej nieświadomości.
-
Zostawiam tu pana na razie, niech pan odpocznie – nie usłyszał
wypowiedzianych na pożegnanie słów Wiśki Gogolewskiej. Nie usłyszał
zamykania drzwi.
* * *
-
Aaaaaaaaaa ! – Monika obudziła się z rozgorączkowaniem w twarzy.
Miała sen. Koszmar.
Usiadła na łóżku i przez chwilę gapiła się bezmyślnie w ciemną
przestrzeń przed sobą. Potem przypomniała sobie sen. Nerwowo pomacała
leżące obok koce. Nikogo pod nimi nie było. A ktoś powinien.
-
Gośka – szept Moniki był drżący – Gośka... – coś chwyciło ją za
gardło, zabolało ją w brzuchu. Próbowała z tym walczyć. Próbowała
krzyczeć – Gośka !
-
Ciii – odezwał się głos – Nie warto krzyczeć. Pójdziesz ze mną.
-
Nie...
-
Pójdziesz. Chcesz czy nie chcesz.
* * *
“Zabiliście moje koty” – Wisława
Gogolewska poświeciła latarką na trzy leżące w piwnicy głowy. Jedna była
ludzką, starą, pożółkłą już czaszką z czarnymi i złotymi zębami, dwie
należały do Anastazji i starego Fryderyka. Były ochlapanymi niemalże
jeszcze ciepłą krwią głowami kotów z Chatki. W ich oczach czaił się
ciągle zwierzęcy, instynktowny strach. Strach zamarły na wieczność.
Wąpierz otarł się o nogi Wiśki. Znalazł te głowy na dworze. W lesie,
całkiem niedaleko. Przyniesienie ich uważał za swój obowiązek.
-
Podobno macie po dziewięć żyć – właścicielka Chatki pogłaskała
kocura – co Wąpierz ?
-
Miau – odpowiedział Wąpierz.
-
Miau – uśmiechnęła się smutno Gogolewska – Fryderyk miał...
Anastazja miała... Teraz to już im nikt nie wróci...dekapitacja wyklucza
wszelkie czary. Patrz film “Nieśmiertelny”. Patrz zwykła trywialna
logika.
-
Miau.
-
Kto to zrobił ? – Wiśka zacisnęła usta – Nie wiem. A ty wiesz ?
Chcesz mi to zdradzić ? Chcesz się zemścić ? Zemsta jest rozkoszą bogów,
co Wąpierzu ?
-
Miau.
* * *
Marcin Marchwicki spotkał Wiśkę,
jak wychodziła z piwnicy.
-
Wiesz, że dzieci się znalazły ?
-
Teraz już wiem – powiedziała ponuro.
-
Co się dzieje ? – spojrzał jej w oczy. Właścicielkę Chatki znał
od dawna, wiedział, że niełatwo wytrącić ją z dobrego samopoczucia.
-
Dzieje się coś dziwnego – powiedziała poważnie, oglądając się za
siebie – lepiej idź do siebie, zamknij drzwi i próbuj zasnąć. Zginęły mi
dwa koty – rzuciła jeszcze zamykając drzwi bufetu.
W
milczeniu pokiwał głową. I poszedł.
* * *
“Czas, czas” – starszy aspirant
Jacek Riperski ocknął się i rozejrzał po Zbirówce, największym pokoju w
Chatce Górzystów. W oczach miał szaleństwo, w głowie pustkę. Kołatało
się w niej tylko jedno uporczywe pytanie. Banalne i rzec by można,
zupełnie nie na miejscu. “Która jest godzina?” “Która jest godzina?”.
Zerknął na leżący na stole jego własny notes z zapisem śledztwa. “Z
raportu sporządzonego przez starszego aspiranta Jacka Riperskiego dnia 4
lutego 2004 w schronisku górskim Chatka Górzystów w Górach Izerskich.” –
tak brzmiał nagłówek strony. “Czwarty lutego...” – uczepiło się jego
myśli – “Czwarty lutego”. Potem wróciła obsesja sprzed momentu: “Która
jest godzina?”.
Ostatnim przebłyskiem świadomości zrozumiał, że musi wyjść na zewnątrz,
na świeże powietrze.
Jak
to często bywa, mimo silnego postanowienia nic się nie zmieniło.
* * *
-
Was haben wir eigentlich gemacht ? – Karl Mannsohn łyknał herbaty
– Was ? Das war ja doch...
-
Was war’s ? – Maria Bostonwuerger miała ironię w głosie – Was
war’s, sag mir bitte !
-
Weisst du, sie war total wehrlos... – Karl przerwał. Za późno.
-
O, to wy jednak umiecie mówić – zagaił Marcin Marchwicki stając w
drzwiach świetlicy – Kleine Betrueger – pogroził im palcem – kleine
Betrueger, mali oszuści.
Niemcy spojrzeli na siebie, potem jednocześnie na intruza. Mieli
nienawiść w oczach.
-
Nie wiecie, co się stało z kotami Wieśki? Wygląda na zmartwioną.
– rzucił Marcin – Weisst ihr was ueber den verlorenen Katzen ?
-
Ne – burknął Karl.
Nienawiść w oczach obojga Niemców zapłonęła jasnym i mocnym blaskiem.
Doktorant historii średniowiecza wycofał się mrużąc oczy.
* * *
-
To ty ? – bardziej stwierdził niż zapytał Marcin – Więc to ty.
Na
korytarzu Chatki Górzystów zapadła cisza przerywana urywanym oddechem
sugerującym zmęczenie. Po chwili oddech się uspokoił.
-
Co ja ? – wychrypiał Grzesiek Potpolski sadzając uwieszonego mu
na ramieniu kolegę na schodach – Co niby ja ?
-
Eeee – podrapał się w głowę Marchwicki – myślałem, że to ktoś z
dzieckiem na ręku, że tak powiem.
-
Z dzieckiem, nie z dzieckiem – Grześkowi błyszczały oczy – Wojtek
zapomniał, że mu nie wolno aż tyle piwa, bo ma słabą wątrobę. Jak
dziecko właśnie. Nic mu nie jest. Po prostu film mu się urwał.
-
Aha...
-
Pomożesz mi go zatargać ? Darek już tam pewnie kimoni.
-
Pewnie, nie ma problemu.
-
Dzięki.
-
Nie ma sprawy – Marcin ułożył sobie licealistę ze Zgorzelca na
ramionach i wskazał głową – Prowadź.
-
Pomogę ci – zaoponował niepewnie Potpolski.
-
Prowadź mówię. Dam sobie radę.
* * *
“Paradoksy natury ludzkiej” –
Wisława Gogolewska patrzyła przed siebie, wprost na zamknięte drzwi
bufetu. Była noc, za oknem mniej więcej minus 25 stopni Celsjusza. Białe
zimno. – “Paradoksy natury ludzkiej. Bardziej nas martwi śmierć kotów
niż na przykład nawet śmierć człowieka. Gorszą zbrodnią jest skrzywdzić
małego futrzaka niż istotę ludzką, w którą społeczeństwo zainwestowało
czas, pieniądze i tak dalej ” – łyknęła zielonej herbaty – “Tak, bo
futrzak był bezbronny ! Bo kot jest nieświadom spraw wielkiego świata !
Bo jest naprawdę maluczki i nie będzie brał narkotyków tylko po to, żeby
spróbować ! Bo nawet jeśli morduje, robi to dlatego, że każe mu instynkt
!”
Wąpierz wyciągnął się na całą niebagatelną długość i zamruczał.
Wiedział, że ma pełne wsparcie w tym boju.
Wiśka
ścisnęła siekierę w dłoni. Mocniej. Jeszcze odrobinę mocniej. Przez lata
spędzone w sercu Izerów też wyrobiła w sobie jakąś namiastkę instynktu.
* * *
-
Co się tak kręcisz ? – rzuciła znienacka Edyta Askaris.
Marcin drgnął przestraszony.
-
Coś się dzieje wokół. Coś niedobrego. I can feel it in the earth.
I can feel it in the water... Wiśka mnie nastraszyła... Lepiej ty mnie
nie strasz. Nie dzisiaj.
-
Boisz się, ty ?
-
Pewne, a dlaczego miałbym się nie bać ?
-
Myślałam, że doświadczony pan doktorant zna za dużo historycznych
zdarzeń, by ulec zbiorowej histerii – patrzyła mu w oczy.
-
Dziwi mnie twój spokojny ton – rzucił – co ty właściwie tu robisz
?
-
Szłam właśnie do ciebie – powiedziała spokojnie – mogę ?
Zawahał się chwilę.
-
Proszę.
Drzwi
Kopulatki zamknęły się. Po chwili szczęknął klucz. Od wewnątrz.
* * *
Jacek Riperski miał
sen. Sen tak realny, że odczuwał dotyk występujących w nim postaci.
Dzieci. Bo w swoim śnie był w środku grupki dzieci, otaczających go niby
podczas zabawy w “Starego niedźwiedzia, który mocno śpi”, tylko
ciaśniej. Usta dziewczynek i chłopców poruszały się, jakby śpiewając
piosenkę. I oczy były bezmyślne, wpatrzone każde przed siebie. Wokół
kłębił się dym, buty stukały o drewnianą podłogę. Na ścianach wisiały
pęczki tojadu, skądś dochodziły tony jakiejś popularnej ostatnio
piosenki.
Policjant
nieświadomie rozpiął mundur pod szyją. Widział dzieci zacieśniające krąg
coraz bardziej i bardziej. Piosenka brzmiała mu w uszach głośno i
wyraźnie. Dym gęstniał, tojad pachniał intensywniej. Wszystko stawało
się coraz bardziej zamazane. Wszystko oprócz świdrujących tonów
piosenki, która z każdą chwilą nabierała na wyrazistości.
Ocknął się. Z
wysiłkiem podniósł powieki, próbując z całych sił utrzymać je otwarte.
Skronie napięły się. Przed oczami starszego aspiranta była ciemność.
Tylko w głowie brzmiał fragment piosenki ze snu: “co rano serce mi bije
pod starą piżamą”.
Głowa ciążyła. Dał
się prowadzić.
* * *
“Zbrodnia i kara” –
pomyślała Wiśka Gogolewska – “Każdej zbrodni towarzyszy choroba. Choroba
psychiczna. Raskolnikow się kłania. Poczucie czasu zostaje zatracone,
człowiek bredzi w malignie. Puszcza farbę. Ciekawe czy ci gówniarze też
to mają ? Któregoś musi ruszyć sumienie, któryś musi się zdradzić. Czas
jest nieważny. Czymże zresztą jest czas tutaj w Izerach ? Płynie sobie
obok... Leczy rany...”
Wypuściła z ręki
siekierę, uszczypnęła się w ramię, spojrzała na wodzącego za nią
wzrokiem Wąpierza. Znów chwyciła siekierę. “Raskolnikow... Dostojewski
miał rację, oj miał. Przebaczanie to piękny zwyczaj. Ale vendetta też ma
swoje niewątpliwe zalety”.
Właśnie mijała
północ. Zaczynał się 4 lutego 2004. A po korytarzu ciągle ktoś chodził.
Wiśka nie miała odwagi położyć się spać. Nie wiedziała, komu może
zaufać. Bała się wyjść na korytarz.
* * *
-
Co ty robisz ? – zdziwił się Marcin Marchwicki.
Edyta
Askaris przerwała odpinanie guzików flanelowej koszuli. Spojrzała na
długowłosego chłopaka.
-
Wolałbyś zrobić to sam ?
Przełknął ślinę.
-
Nie o to chodzi...
-
Więc o co ? – podjęła przerwaną czynność. Po chwili była tylko w
bieliźnie. Podeszła do niego i przytuliła się.
-
To nie ty... – wyjąkał Marcin – To niepodobne do ciebie...
-
Skąd wiesz ? – mruknęła – Przecież mnie na dobrą sprawę w ogóle
nie znasz.
-
No, ale myślałem...
-
Obejmij mnie – przerwała mu – bo zimno.
Posłusznie otoczył ją ramionami. Jemu też zrobiło się cieplej.
-
Może wejdziemy pod śpiwór ? – zaproponował.
Uśmiechnęła się.
-
Przecież tego chciałeś, prawda ?
-
No...tak, ale...
-
Boli cię, że to nie ty jesteś stroną inicjującą ? Cierpi twoje
męskie ego ? – mówiąc te słowa ściągała z niego polar i rozpinała mu
pasek od spodni. To stanowiło pewien kontrast. Ciągle czegoś nie
rozumiał.
Kiedy
ściągnęła z niego sweter i koszulkę przestał się nad tym zastanawiać.
Wślizgnęli się pod śpiwór i kilka koców. Mężczyzna wziął w nim górę.
Nurtował go jeszcze tylko jeden mały szczegół.
-
Nie przeszkodzą nam ? – szepnął gładząc jej pośladki.
-
Nie, śpią grzecznie – zamknęła mu usta długim pocałunkiem.
Chciał zgasić świeczkę. Powstrzymała jego rękę. I powoli ściągnęła
stanik.
* * *
Tej nocy Chatka
Górzystów spała snem zadziwiająco twardym, choć pełnym sennych marzeń i
majaków. Snem długim i mocnym, częstokroć wbrew woli śpiącego. Wisława
Gogolewska leżała oparta o siekierę przy zamkniętych drzwiach bufetu.
Trzej licealiści ze Zgorzelca spali w Starej Kuchni jak zwykle nie
zwracając uwagi na resztę świata. Maria Bostonwuerger i Karl Mannsohn
zasnęli nie ściągając czarnych skór w Narożnym. W Kopulatce Edyta
Askaris ubierała się obserwując śpiącego pod śpiworem i dwoma kocami
Marcina Marchwickiego. Doktorant leżał na plecach, miał uśmiech na
ustach i oddychał równym, spokojnym oddechem.
Edyta zapięła kurtkę
i przekręciła klucz w zamku. Wyszła na zimny korytarz, skierowała się na
wprost, do Zbirówki.
Tej nocy po raz
pierwszy w życiu była z mężczyzną.
* * *
Flins spojrzał na
wschodzące słońce bez mrugnięcia okiem. Nie bał się dnia, nie bał się
blasku. Nie był jak inne stworzenia nocy. Bał się ludzi, bał się, że
kiedy się dowiedzą... Nie był głupim zwierzęciem. Nie był zwierzęciem w
ogóle. Doskonale wiedział, do czego zdolni są ludzie. Wiedział, że
prędzej czy później się dowiedzą, że zacznie się polowanie. Że może tego
nie przeżyć. Nie był głupim zwierzęciem... Ze zwierzęcia miał w sobie
instynkt przetrwania, ale inteligencja nie ustępowała ludzkiej. W końcu
był bogiem. Pogańskim, starym, zapomnianym...Ale mimo wszystko bogiem.
Poza tym miał w sobie
chęć zemsty i ciągle niezaspokojony w pełni fizyczny głód.
* * *
-
Jak to: nie ma ?! – wrzasnęła Wisława Gogolewska – Co to znaczy:
nie ma ?!
-
Normalnie, fizycznie ! – Edyta Askaris też nie mówiła cicho i
spokojnie. Wręcz przeciwnie – Nie ma nikogo !
-
Ale jakim cudem !?
-
A ja skąd mam wiedzieć ?!
-
To ty jesteś ich opiekunką !
-
A pani jest właścicielką schroniska !
-
Schronisko jest na miejscu !
-
Ale nie ma dzieci ! – polonistka nagle straciła ochotę do
wrzasków. W jej oczach pojawiły się łzy. Wybuchła płaczem.
Właścicielka Chatki oddychała głęboko starając się uspokoić. Myślała
intensywnie. Niewiele przychodziło jej do głowy.
-
Niech się pani uspokoi – powiedziała cicho do nauczycielki –
nerwy nic nie dadzą. Trzeba działać według jakiegoś planu.
-
Trzeba zadzwonić na policję – Edyta otarła łzy – tylko, że tu nie
ma zasięgu, komóra na nic się nie przyda.
-
To nic, ostatnio nam się tutaj trochę polepszyło cywilizacyjnie –
uśmiechnęła się do dziewczyny Wiśka. Spokojnie. Herbatki ?
-
Poproszę.
* * *
Kot Wąpierz obserwował
właścicielkę Chatki Górzystów leżąc na brzegu fotela. Nie wierzył, że
zapomniała. Nie, przecież znał ją dobrze. Po prostu dzień przyniósł
chwilową przerwę w akcji. Tak... Instynkt i kocia logika podpowiadały,
żeby dobrze się wyspać przed powrotem do działania. To brzmiało bardzo
rozsądnie. Sen nadszedł szybko. Lubił zasypiać przy zapachu ostatnio
palonych świeczek. Koty też mają swoje gusta.
* * *
-
Komenda policji w Świeradowie, słucham – komendant Chołodźko
podniósł słuchawkę i odruchowo chwycił leżący na biurku długopis –
Tak... tak...dzień dobry...Jak to nie taki wcale dobry ?.... Co ?!...
Tak....Oczywiście....Natychmiast wysyłam swojego człowieka, niech nikt
nie opuszcza budynku, macie czekać... Tak, szukajcie...przecież gdzieś
być muszą.... Tak... Za jakieś dwie, może trzy godziny...niestety, nie
ma benzyny, nie da się autem...tak, śniegu tyle, że i tak nie ma sensu,
szlak nie przetarty. Tak, już idzie... Do zobaczenia !
Komendant policji w Świeradowie Zdroju otarł pot z czoła i spojrzał na
kalendarz. Był czwarty lutego.
-
Boże, co za ranek... Pocę się na dwudziestostopniowym mrozie.
Riperski ! – krzyknął w stronę sąsiedniego pokoju.
-
Tak jest ! – mniej więcej trzydziestopięcioletni mężczyzna stanął
przed biurkiem Chołodźki.
-
Pójdziesz do Chatki Górzystów.
-
Co ? W taką pogodę.
-
Pójdziesz i tak, więc się nie rzucaj. Stało się tam coś dziwnego.
* * *
-
Jak to nie wolno wychodzić ? – zapytał nie całkiem jeszcze
przebudzony Wojtek Linsta.
-
Nie poradzę nic – wzruszyła ramionami Wiśka Gogolewska – siła
wyższa. Władza zarządziła. Wiecie przecież, co stało się w nocy, prawda
? Teraz będziemy czekać na policję. Zajmijcie się lepiej czymś
pożytecznym, żeby nie zwariować.
Zebrani na świetlicy wszyscy aktualni mieszkańcy Chatki Górzystów
skinęli głowami. Nikt nie patrzył drugiej osobie w oczy.
Tak
po prostu.
* * *
-
Długo pan szedł – zauważyła Wiśka cicho. Nawet nie usłyszał. Na
stole paliła się świeca. Nietypowa. Czarna, z grubym, mocno dymiącym
knotem. Starszy aspirant Jacek Riperski otarł usta papierową serwetką.
-
Pyszny omlet – powiedział
i łyknął herbaty.
-
Dziękuję – skłoniła się
Wisława Gogolewska.
-
Pani jest tu właścicielką
?
-
Jam ci jest. Chatka
Górzystów moją twierdzą.
-
Ciężko było tu doczłapać,
nie powiem, ciężko – policjant poruszył obolałymi stopami.
-
Zima panie sierżancie –
wzruszyła ramionami Gogolewska – tu jest Wielkie Księstwo Izerskie,
biegun zimna w naszym pięknym kraju. Latoś, a raczej zimoś, jak to
mówią, śniegiem obrodziło, nie żałowało.
Riperski wyciągnął z pustego kubka po
herbacie plasterek cytryny i bezceremonialnie wycisnął sobie do ust.
-
Paskudna sprawa –
pociągnął nosem.
* * *
“Koty...” – przemknęło przez głowę Wiśce Gogolewskiej – “Nimi nikt się
nie zajmie. W obliczu zaginięcia bez śladu dwudziestu bachorów dwa
wybebeszone koty nie znaczą nic” – żeby nie myśleć o swoich zaginionych
małych przyjaciołach zapalała świeczki na ciemnym już korytarzu i w
bufecie. Policjant prowadził śledztwo.
Wszystko wydawało się być snem, majaczeniem.
Świeczki dymiły.
* * *
-
Jak to się mogło stać ? – Marcin Marchwicki nie rozmawiał z Edytą
przez cały dzień. Był samotnikiem, spędził ten dzień w swoim pokoju –
generalnie rzecz biorąc. Oczywiście był rano w świetlicy, wiedział o
zaginionych dzieciach, wychodził ugotować sobie wodę na herbatę,
wychodził na chwilę... Normalnie. Dopiero po przyjściu policjanta
odważył się spotkać z polonistką – Jak to się mogło stać ? – powtórzył.
-
O czym teraz mówisz ? –
miała nieodgadniony wyraz twarzy.
-
O dzieciach oczywiście –
przełknął ślinę.
-
A...o nich... – rozłożyła
ręce – Nie mam pojęcia. Gdybym wiedziała, wszystko byłoby prostsze.
-
Wiedziałaś już wczoraj, że
dzieciaki giną. Mówili ci przecież.
-
Zna...- zawahała się –
znaleźli się przecież, mówiłam ci.
Spojrzał jej prosto w oczy. Patrzył tak
długo, aż spuściła wzrok. To wcale nie trwało zbyt długo.
-
Mówiłaś – potwierdził –
pamiętam, że mówiłaś.
* * *
Świeczki dymiły bez przerwy.
Wiśka Gogolewska patrzyła na wiszący u
powały pęczek kwiatów, wertując jednocześnie Encyklopedię Roślin
Zielnych. “Tojad” – znalazła – “Aconitum callibotryon,
bylina...chroniony, zawiera alkaloid akonitynę, jedną z najsilniejszych
trucizn roślinnych, porażającą ośrodek oddechowy i hamującą czynność
serca”. Na obrazku widniał kwiat podobny do tych wiszących pod sufitem,
tylko bardziej fioletowo – niebieski. Zamknęła grubą książkę. “Chyba
wiem, gdzie tkwi sedno sprawy”. Zerknęła raz jeszcze na suszki. Były
najwyraźniej żółtawe. “Izerski tojad. Spuścizna po kwaśnych deszczach i
w ogóle po katastrofie ekologicznej. Taki ładny kwiatek... I to pod
ochroną, żeby to człowiek wcześniej wiedział. I jeszcze te świeczki...”.
Odłożyła encyklopedię na półkę.
“A może to wszystko jest jednak sen ?” –
pomyślała.
Świeczki dymiły nieustannie.
* * *
Jacek Riperski walczył z ogarniającą go i ciągle wracającą
bezwładnością. Budził się i padał z powrotem na stół, przygniatając
twarzą swój notes z zeznaniami.
Maligna. Nieskoordynowane ruchy rękami.
Walka o świadomość.
Starszy aspirant zmęczył się drogą do
Chatki Górzystów w kopnym śniegu i w dwudziestostopniowym mrozie, w nie
ustępującej ani na chwilę mgle. W białym zimnie. Szedł kilka godzin, w
nieodpowiednich do przedzierania się przez zaspy butach i w
nieodpowiednim ubraniu. Spocił się. Zmęczył. Teraz płacił za to cenę.
Ale przecież był młodym mężczyzną, policjantem, miał... Powinien mieć
siłę.
Znów wyciągnął przed siebie ręce w
zaimprowizowanej próbie wyjścia z marazmu. Trafił palcem na przycisk
magnetofonu. Nacisnął. Popłynęły słowa:
-
To znaczy... Ci dziwni Niemcy wracali akurat z lasu.
-
Tak. Jak zwykle cali na czarno. On niósł siekierę. To wariaci,
sataniści. Cholera wie. Wszystko co najgorsze.
-
A dlaczego ?
* * *
-
Twoje dzieci zginęły, kobieto ! – potrząsnął nią Marcin
Marchwicki – Nie ma ich, nie wiadomo, czy żyją ! Czy ty to rozumiesz ?!
-
Wczoraj inaczej do mnie mówiłeś – obruszyła się Edyta Askaris.
-
Wczoraj ? Co było wczoraj ?
-
Kochałeś mnie – powiedziała miękko.
-
Tak... No i co z tego, przecież zginęły dzieci, Wiśce zginęły dwa
koty, co się z tobą dzieje,
kobieto ?! – nie rozumiał
jej.
Ta
sama planeta, inne światy...
-
Ja... ja bardzo chciałam być z Tobą – miała łzy w oczach.
Zagryzł wargi. Starał się zrozumieć. Starał się delikatnie wytłumaczyć.
Starał się.
-
Byłaś ze mną. Było świetnie, ale przecież stała się rzecz
straszna. Rzecz o wiele ważniejsza.
-
Nie ma ważniejszej rzeczy – powiedziała twardo. Bardzo twardo.
* * *
-
Wir muessen schon wegfahren – powiedział cicho Karl Mannsohn.
Właścicielka Chatki Górzystów spojrzała nań ze zdziwieniem.
-
Wyjechać, teraz ? Niemożliwe. Unmoeglich !
-
Wir moechten bezahlen – ciągnął Niemiec kładąc pieniądze na stół.
Zdawał się nie zwracać uwagi na słowa kobiety.
-
Ihr koennt jetzt nicht wegfahren, verstanden ?! – wrzasnęła Wiśka
Gogolewska.
-
Wir verlassen dieses Haus – rzuciła Maria Bostonwuerger twardo i
beznamiętnie.
-
Nie możecie teraz, teraz trwa śledztwo, rozumiecie, kretyni ?! –
wybuchła Wiśka – Policja, dzieci, koty, rozumiecie ? Meine Katzen sind
weg, versteht ihr ?!
W
blasku świec od Honzy Tepesa twarze pary Niemców pozostawały
niewzruszone. Jednak na wzmiankę o kotach zadrżał mięsień na twarzy
Karla Mannsohna. Kot Wąpierz wygiął grzbiet do góry i nastroszył sierść.
-
To wy – powiedziała cicho Wiśka Gogolewska – To wasza sprawka ?
Że też rozwiązanie jest takie banalne.
Zrozumieli treść nie rozumiejąc słów. Na bladych twarzach odmalował się
szary cień strachu.
* * *
Wojtek Linsta, Darek
Tilcher i Grzesiek Potpolski trzymali się razem, wychodząc ze słusznego
założenia, że w kupie raźniej. Razem siedzieli w Starej Kuchni, razem
wychodzili się wysikać, razem szykowali sobie herbatę. Razem zauważyli,
jak Jacek Riperski zataczając się schodzi po schodach, potykając się o
własne stopy i ostatkiem sił utrzymując równowagę.
-
Pomożemy – zaproponował odruchowo Wojtek.
-
Gdzie zaprowadzić ? – spytał Darek, chwytając policjanta pod
ramię.
-
Pewnie do kibla – Grzesiek był już z drugiej strony aspiranta i
pomagał sprowadzać.
-
Do kibla ? – zapytał Wojtek głośno i wyraźnie.
Riperski pokiwał bolącą głową.
* * *
Ta sama planeta, inne światy...
-
Jak to...? – spojrzał na nią uważnie – Co chcesz przez to
powiedzieć...?
-
To co powiedziałam, nic więcej – stwierdziła Edyta – to było dla
mnie bardzo ważne. A dla ciebie pewnie nie, co ? Bo jesteś starym
casanovą, lovelasem ? Dla ciebie to normalka, zabawa, fraszka igraszka,
co ?
Miała
łzy w oczach. Nie zwrócił na nie uwagi. Mózg opanowała mu jedna myśl.
-
Potrafiłabyś to zrobić ? – zapytał – Byłabyś zdolna ?
-
Do czego ? – zagryzła wargi.
* * *
Wiśka Gogolewska szybkim ruchem
chwyciła siekierę. Odziani w czarne skóry Niemcy cofnęli się pod drzwi.
Wąpierz stanął u stóp kobiety i wysunął pazury.
-
Das war ein Zufall – próbował tłumaczyć Karl Mannsohn. Ucichł pod
wzrokiem Marii Bostonwuerger.
-
Da waren zwei Katzen. Zwei – Gogolewska mówiła głośno i patrzyła
w oczy przestraszonemu Niemcowi.
Mannsohn uciekał. Wzrokiem też.
-
Eine ! – krzyknął – Eine war unsere. Das war eine kleine graue...
-
Anastazja – szepnęła Wiśka.
Palce
zaciśnięte na stylisku siekiery zbielały. Pazury Wąpierza zgrzytnęły o
deski podłogi.
* * *
-
Przecież dawałeś wyraźnie do zrozumienia, że ich nie lubisz –
Edyta Askaris drżała.
-
I co z tego ? Nie lubię, to moja sprawa – Marcin Marchwicki miał
rozwarte szeroko oczy. Ze strachu.
-
Ja też ich nie lubię – pokiwała głową Edyta – Nienawidzę tej
pracy, nienawidzę tych bachorów, nienawidzę siebie.
Odsunął się od niej z wyraźnym obrzydzeniem.
-
Wiesz, co zrobiłaś ? – spytał.
-
Zrobiłam to dla ciebie – uśmiechnęła się smutno.
-
Jesteś chora.
-
Może i jestem, ale już nie mogłam wytrzymać. Wiesz, jaka to
harówka, praca z takimi gówniarzami. To we mnie dojrzewało i teraz
pękło.
-
Jesteś chora – powtórzył.
-
Jestem – pokiwała głową – zrobiłam to dla ciebie. Jesteś
współwinny.
Zignorował jej słowa. Zewnętrznie.
-
Co z nimi zrobiłaś ?! – warknął – Co ?!
* * *
Wiśka Gogolewska zgasiła
świeczkę i opadła ciężko na fotel w bufecie, głaszcząc Wąpierza po
głowie. W pomieszczeniu, tak jak i w jej głowie panowała ciemność.
Chciała wstać i otworzyć okno, przewietrzyć atmosferę w schronisku, ale
bała się, że w ciemności zawadzi o leżącą na podłodze siekierę. Strach
paraliżował.
* * *
Polonistka wpatrywała się tępo w
cienie drgające na ścianie. W blasku płomienia czarnej, grubej świecy,
na bielonej wapnem ścianie kołysał się wysoki, ciemny cień długowłosego
mężczyzny z nożem w ręku.
-
Dlaczego ? – zasyczało w jej uchu pytanie – Jak to możliwe ?
Nie
bała się. Było jej już wszystko jedno.
* * *
-
Proszę – jęknęła właścicielka Chatki Górzystów.
-
Eeee – w drzwiach stanęli trzej maturzyści. Grzesiek Potpolski
był z przodu – ten policjant coś źle się czuje. Posadziliśmy go na kiblu
i nie wiemy, czy go trzeba przypilnować, czy coś ?
-
Dobra, przyjęłam do wiadomości – wychrypiała Wiśka.
-
Wszystko w porządku ? – zapytał Wojtek Linsta.
-
Taaak.
-
A gdzie są ci Niemcy ? – rzucił Darek Tilcher – Coś ich nie
widać.
-
Nie pytaj o nich więcej – powiedziała Gogolewska dziwnym głosem –
Lepiej już o nich nie pytaj.
* * *
Białe zimno ściskało
mrozem całą Halę Izerską. W pobielonej mgłą ciemności dwie czarne
sylwetki szukały drogi do Świeradowa Zdroju. Po śladach zostawionych
przez starszego aspiranta Jacka Riperskiego brnęły ku cywilizacji.
-
Wir haben schon wieder Glueck. Żnowu mame sczenscie – mruknął
Karl Mannsohn – ich weiss nicht, wie wir das verdient haben.
-
Halt die Klappe du Angshase – zganiła go Maria.
-
Ja meine liebe Locusta – zadrwił Mannsohn.
-
Es ist Schluss mit uns – syknęła Niemka – du bist schwach.
-
Schluss. Koniec. The end – przytaknął Karl – Gut. Super. Prima.
Endlich.
* * *
Riperski siedział na desce
klozetowej i nie czuł zimna. To go zdziwiło. Nie czuł zimna. Za to
słyszał głosy dochodzące z dołu. Potrząsnął głową, zerknął pod sufit.
Tojad był nawet tutaj. Ale przynajmniej nie paliła się mdło pachnąca
świeczka.
-
Pomocy – szeptało coś.
-
Pomocy, pomocy... – wtórowały inne głosy.
“Zwariowałem” – pomyślał Riperski. Wstał z deski, zapiął spodnie, potem
pochylił się nad otworem i spojrzał w głębię. “Zwariowałem” – pomyślał
raz jeszcze.
-
Pomocy – doszło do jego uszu.
Pochylił się niżej nad kloaką. Potężny mróz sprawiał, że nie czuł
żadnego zapachu. Pochylił się jeszcze niżej. I jeszcze niżej. A potem
ktoś go popchnął i starszy aspirant z komendy w Świeradowie Zdroju
zaczął spadać.
Dół
był głęboki.
* * *
-
To straszne, co zrobiłaś – warknął Marcin Marchwicki – To po
prostu straszne. Nieludzkie, okrutne, brak mi po prostu słów, żeby to
opisać.
-
Wiem – mruknęła obojętnie.
-
Powinnaś ponieść karę. Zasługujesz na karę jak nikt inny !
-
Wiem – wzruszyła ramionami.
-
Gdzie ich zostawiłaś, powiesz ?
Pokiwała głową na boki.
-
Tak myślałem... Zastanawiam się tylko, jak ci się udało wynieść
tych gówniarzy na tyle daleko, żeby nie można ich było znaleźć.
-
Nie wiem.
-
Nie wiesz ?
-
To wszystko było jak sen. Jak majak.
* * *
Ktoś zapukał do okna w bufecie.
Wiśka mechanicznym ruchem wstała i otworzyła. Do Chatki Górzystów
wtargnęło białe zimno wraz z nocną ciemnością. Całość była bardzo
orzeźwiająca i otrzeźwiająca.
-
Dobry vecer – odezwał się głos – wisz Wiśko, te swiczki, co sem
wam zostawił, ne sum dobre. To je opium, znasz ? I to mocne opium. Ja
zviduv od tych sviczek dostal. Pryniosl zech ci inne.
-
Honza ? – złapała się za głowę Gogolewska – Ależeś gnoju narobił.
Żeś kurwa gnoju narobił jak nigdy w żywocie.
* * *
Jacek Riperski spadał długo.
Potem uderzył o ziemię i... i znowu miał sen. Sen tak realny, że
odczuwał dotyk występujących w nim postaci. Dzieci. Bo w tym śnie był w
środku grupki dzieci, otaczających go niby podczas zabawy w “Starego
niedźwiedzia, który mocno śpi”, tylko ciaśniej. Usta dziewczynek i
chłopców poruszały się, jakby śpiewając piosenkę. I oczy były bezmyślne,
wpatrzone każde przed siebie. Wokół kłębił się dym, buty stukały o
drewnianą podłogę. Na ścianach wisiały pęczki tojadu, skądś dochodziły
tony jakiejś popularnej ostatnio piosenki.
Leżał na dnie toalety
– na górze, hen wysoko widać było bielejący delikatną jasnością otwór
kloaczny. Zorientował się, że nigdy nie oglądał go z tej perspektywy.
Otwór wyglądał z tej odległości jak dziwna, szeroka dziurka od klucza.
A dookoła było pełno
dzieci, też wpatrujących się tęsknie do góry i szepczących
zachrypniętymi głosami:
-
Pomocy... Pomocy...
* * *
-
Naprawdę ich nienawidzisz ? – zapytał Marcin ściskając w ręku
nóż.
-
Naprawdę – potwierdził Edyta.
-
To bardzo źle. To bardzo źle. Wątpię, czy będziesz mogła żyć ze
świadomością tego, co zrobiłaś – Marcin nie patrzył na dziewczynę.
Wpatrywał się w płomień dymiącej mocno świecy.
-
Ja też nie wiem.
-
Powiesz, gdzie oni są ? Dla własnego dobra. Dla własnego
sumienia... i nie tylko.
-
Nie wiem – pokiwała głową – naprawdę nie wiem.
* * *
Wiśka Gogolewska oddychała
głęboko przy otwartym oknie.
-
Wiesz Honza, najgorsze jest to, że ja nie wiem, co z tego
wszystkiego było realne, a co nie – skrzyżowała ramiona na piersiach –
nie wiem, po prostu nie wiem. To wszystko się zatarło. Nie wiem, czy
moje koty do mnie wrócą, czy nie, nie wiem czy te nieszczęsne bachory
zniknęły. Je ne se pas. Czułam, że to tojad i te twoje rękodzieło z
Nepalu... ale tak jak mówię, to było coś jak film. Straszny film. Nie
kurna jakiś czeski film, tylko taki życiowy horror.
Honza
w milczeniu kiwał głową.
Wtedy
dobiegł ich krzyk z góry. Krzyk przeszywający. Świdrujący do głębi.
* * *
-
Skąd żeście się tu wzięły ? – zapytał Jacek Riperski patrząc na
dzieci ze zdziwieniem.
Żadne
nie odpowiedziało.
* * *
-
Co jest prawdą ? – zapytała Wiśka, gasząc czarną świeczkę na
podstawce na korytarzu i stawiając zamiast niej zwykłą, żółtą.
Honza
spojrzał na nią pytająco. Z góry rozległ się kolejny krzyk.
-
Co jest prawdą ? Czeski film, co Honza ?
* * *
Flins był głodny.
Jeden kot, którego udało się złapać wczoraj nie był wystarczającym
posiłkiem. Poza tym był stary i dość łykowaty. No i nade wszystko, miał
za mało mięsa w ogóle. Ale tej nocy Flins czuł, że uśmiechnęło się doń
szczęście. Ta para spadła mu nieba. Czerwone oczy pogańskiego bożka
błyszczały z podniecenia, gdy czaił się za drzewami na zakręcie.
* * *
-
Das ist Schluss, Locusta ! – darł się na całe gardło Karl
Mannsohn – Das ist Schluss !
Słyszani z daleka, nieporadni w głębokim śniegu byli łatwym łupem. To
był naprawdę koniec.
* * *
-
Anastazja, Fryderyk – Wiśka Gogolewska pogłaskała koty wylegujące
się na schodach – gdzieście były ? Naprawdę macie dziewięć żyć ?
Naprawdę ?
Z Kopulatki po raz
kolejny dał się słyszeć krzyk. Tym razem słabszy, jakby ostatkiem sił,
jakby wykrzyczany z podciętym gardłem.
Koniec

|