Wopista Czesław kontra...

23-02-05

W górę
Światło czarnych świec
Ticho na Velike Jizere
Wioska której nie ma
Góry Izerskie biegunem...
Wopista Czesław kontra...
Wopista Czesław i nowa...

 

 

 

Wopista Czesław kontra jagodziarze

 

            Noc była ciemna, bezksiężycowa.

            No, może troszkę księżycowa, ale za chmurami.

            Wopista Czesław, strażnik i obrońca granic Wielkiego Księstwa Izerskiego, zwanego też Izerbejdżanem patrolował lasy wokół stolicy. Nie miał latarki, nie potrzebował jej – wiedział przecież, że po kilkudziesięciu minutach ludzki wzrok przyzwyczaja się do ciemności. Zwłaszcza jego wzrok, wyostrzony na setkach, a nawet tysiącach nocnych patroli. Wzrok, przed którym pomalowana na czarno mysz nie schowałaby się nawet w przypalonym garnku z zupą jagodową – nawet jeśli garnek stałby za obitym żałobnym kirem fotelem, na którym siedziałby murzyn z plemienia Wattusi, z zawodu kominiarz, z zamiłowania ninja.

            Wzrok wopisty Czesława mógł konkurować z wzrokiem orła. O ile oczywiście orzeł nie cierpiałby na kurzą ślepotę.

            Kurza ślepota sprawia, że ma się trudności z widzeniem w ciemności. Żeby temu zapobiec, trzeba jeść dużo jagód.

            Właśnie, jagód...

            Wopista Czesław wiedział, że jagodziarze czają się w lesie, licząc, że nocą nikt nie będzie sprawdzał, czy przypadkiem nie używają zabronionych przez prawo Izerbejdżanu zbieraczek – przypominających wystające z drewnianych pudełek metalowe grzebienie przyrządów siejących spustoszenie wśród jagodzin – owoców – dojrzałych i mniej dojrzałych, ale też co gorsza wśród liści i łodyg. Właśnie dlatego używanie zbieraczek było zabronione. Właśnie dlatego wopista patrolował las.

            Gdzieś w świerkach zahukała sowa, trzasnęła sucha gałązka. Rozległ się trzepot skrzydeł.

            „Hm” – pomyślał wopista Czesław i przyspieszył kroku.

            Gdzieś w kępie świerków coś oddychało głęboko. Z ulgą. Nie była to sowa.

            Wychodząc z lasu wopista Czesław zatrzymał się. Podniósł leżący na ziemi dość gruby świerkowy patyk i oparł go o pień drzewa. Potem skupiwszy całą siłę, materię i energię w miejscu gdzie obcas buta styka się z resztą podeszwy, uderzył. Wzmocniony echem trzask łamanej gałęzi zabrzmiał jak wystrzał.

            Gdzieś w kępie świerków coś przestało oddychać. Na dłuższą chwilę.

            „Hm” – pomyślał wopista Czesław i uśmiechnął się pod wąsem. Potem już nie zwlekając ruszył dalej w kierunku stanicy na Polanie Izerskiej.

            Z kępy świerków wynurzyła się ciemna postać trzymając się za serce. Błyskanie białkami oczu i naśladujące rybę ruchy warg nadawały postaci komiczno – heroiczny charakter. Postać wyglądała jak główny bohater granej w Mombasie parodii „Hamleta” w scenie pojedynku z Laertesem. W jej końcowym stadium.

            Był cały umazany jagodami na twarzy, ubrany w czarny, obcisły kostium. Nawet zęby miał poczernione jagodami. Tylko białka mogły zdradzić miejsce jego przebywania w ciemnym izerskim lesie. W ręku kurczowo trzymał zbieraczkę.

            Nagle z kępy świerków wyszło więcej trzymających się za serce postaci. Wszyscy z nienawiścią na pomazanych jagodami twarzach.

 

*   *   *

 

            Wopista Czesław zasiadał do późnej kolacji. Na talerzu przed nim dymiła góra pierogów z jagodami. Wopista polał je obficie śmietaną dwunastką i posypał cukrem kryształem.

 

*   *   *

 

-          Zabić ! – wychrypiał jeden z jagodziarzy.

-          Nie –  Babcia Wiewiórkowa podniosła pooraną zmarszczkami i pobrudzoną jagodami dłoń – Musicie o czymś wiedzieć...

 

*   *   *

 

      Jagodowy sok trysnął na usta, twarz i kołnierz koszuli wopisty.

-          Hm... – mruknął wopista, ścierając słodką, lepką wilgoć.

Ogarnęły go lekko czarne myśli.

 

*   *   *

 

Czarne postacie w czarnym lesie wróciły do czarnego procederu – zbierania czarnych jagód. To było dość trudne – zważywszy na zlewanie się owoców z tłem nocy i lasu. Wśród jagodziarzy zapanowało czarnowidztwo. Bardzo przydatne w danej sytuacji.

 

*   *   *

 

            „Aaaaa...” – pomyślał wopista Czesław machnąwszy ręką i wziął sobie dokładkę pierogów.

            Tego dnia był wyjątkowo lakoniczny. W mowie, myśli i ruchach.

            Coś go gryzło. Ale tylko trochę.

 

*   *   *

 

 

            Nikt nigdy nie dowiedział się, czy najdzielniejszy z dzielnych obrońców Wielkiego Księstwa Izerskiego stracił swój legendarny wzrok i instynkt łowiecki, czy też jagodziarze wreszcie znaleźli sposób na przechytrzenie wopisty Czesława. Nikt nigdy nie pytał, dlaczego ma takie czarne zęby. Nikt nigdy nie pytał o kolor jego sumienia ani o to, do kogo należą odciski palców na pierogach. Zwłaszcza, że dowody rzeczowe zniknęły na zawsze.

            Tym razem dzielny wopista Czesław nie przymknął nikogo.

            Tylko oko.

 

 

 

Strona główna | Światło czarnych świec | Ticho na Velike Jizere | Wioska której nie ma | Góry Izerskie biegunem... | Wopista Czesław kontra... | Wopista Czesław i nowa...

Ostatnia aktualizacja tej witryny 23-02-05